wtorek, 6 sierpnia 2013

Przyjęcie urodzinowe, czyli 2 latka Krzysia

Nadszedł  dzień w którym nasza pociecha ukonczyła 2 rok życia. z tej okazji wyprawiliśmy ogrodowe przyjęcie. Zamówiona pogoda zjawiła się na czas a goście dopisali równie wspaniale,jak sama aura :) Podobnie, jak rok temu przyjecie poprzedziły długie przygotowania, które skupiły się przede wszystkim na opracowaniu stosownego do tej okazji menu. Głównym założeniem części kulinarnej było połączenie naszego sportu narodowego jakim jest GRILLOWANIE ze słodkim deserem. Jeśli chodzi o potrawy mięsne to dominowało to co zwykle, czyli karkówka, kurczak i szaszłyki. Natomiast desery , podobnie jak rok temu stanowiły spore wyzwanie. Z uwagi na maniakalne wręcz zainteresowanie naszego Krzysia motoryzacją nie mogło być inaczej i motywem głównym słodkich dekoracji były AUTA. Nie chodziło o te auta ze znanej bajki, ale o wszystkie zmechanizowane pojazdy cztero i wiecej-kołowe. Oczywiście, główną słodkością miał być tort, z motywem auta, ale koleżanka podsunęła mi rewelacyjny pomyslł na dekorację z arbuza, która miała pomieścić sałatkę owocową. Krzysiu bezbłędnie rozpoznał w arbuzie auto, ale auto na torcie było dla niego na tyle przekonujące, że postanowił wziąć je na "przejażdżkę". O tym jednak za chwilę :)


Ciasteczka

Przeglądając internet w poszukiwaniu słodkich gadżetów urodzinowych natknęłam się na bloga, w którym autorka pokazała śliczne ciasteczka z napisem: "2 latka (imię dziecka - niestety nie pamiętam)". Ogromnie żałuję, że nie zapamiętałam tytułu bloga, bo chętnie bym Was do niego odesłała. Zainspirowało mnie to do upieczenia podobnych ciasteczek. Kluczową rzeczą było wyciśnięcie na ciasteczku wspomnianego napisu. Z pomocą przyszło mi Allegro i dział "Dom i zdrowie > Delikatesy > Dekoracje cukiernicze, dodatki spożywcze". Znalazłam tam gotowy zestaw do odciskania literek i cyferek na ciastkach. Nazwa przedmiotu była dokładnie taka: "Literki i cyferki do ciasteczek keksów" (Sprzedający micomwroc).


Cena zestawu to jedynie 11,99zł + koszty przesyłki, ale frajda z zestawu niesamowita. W jego skład wchodzą wszystkie litery alfabetu (x 3 szt. każda - niektóre x 2 ) w całości do pocięcia nożyczkami na pojedyncze literki, pudełko do przechowywania literek, prowadnica (szyna) do układania słów. W zestawie znajdują się nawet znaki interpunkcyjne i symbole, takie jak serduszko, domek, czy małpa.


Pojedyncze literki wsuwa się w odbiciu lustrzanym w załączoną prowadnicę. Jeśli planujemy umieścić wyrazy w osobnych wersach najlepiej przesunąć słowa na krańce prowadnicy. Unikniemy wtedy odciśnięcia się pierwszych liter kolejnego wyrazu.


Użyłam jeszcze jednego zestawu liter kupionego na Allegro. Zawierał on znacznie większe litery i właściwie poza ciasteczkami średnio spełnił swoją rolę. Miał służyć do wycinania liter z masy cukrowej (zwanej też lukrem plastycznym), ale ostatecznie okazał się tylko lepszym wyciskaczem. Zestaw liter i cyfr kosztował 29,90zł + koszty przesyłki i nosił dokładną nazwę: "Alfabet cyferki wykrawaczki proste do masy lukru" (Sprzedający maru267). Kolejnym zakupem był zestaw 4 wykrawaczek do samych ciastek z falbankowym i prostym brzegiem w różnych rozmiarach. Koszt 9,90 + koszty przesyłki. Zestaw można znaleźć na Allegro pod nazwą: "Zestaw wycinarek do lukru falbanki okrągłe 4szt"  (Sprzedający Robert1111cd). Udało mi się znaleźć w internecie bardzo fajny przepis na ciasteczka, który gorąco polecam. 

Przepis na ciasteczka

0,5 szklanki cukru pudru
2,5 szklanki mąki pszennej
cukier waniliowy (1 łyżka)
pół kostki masła
1 łyżeczka proszku do pieczenia
100ml gęstej śmietany 12% lub 18%
2 żółtka
szczypta soli
1/4 szklanki oleju roslinnego
1 jajko

Przygotowanie:
1. Łączymy ze sobą ZIMNE MASŁO!!!, mąkę, 2 żółtka, olej, cukier, cukier waniliowy, proszek do pieczenia, śmiketanę i szczyptę soli.
2. Całości nie wyrabiamy zbyt długo, gdyż masa zacznie się "maślić" (wtedy ewentualnie można podsypać mąki)
3. Gotowe ciasto podzielić na 3 części, które zawijamy w osobne folie i wkładamy na MINIMUM  30 minut.
4. Mastawic piekarnik na 180'C.
5. Wyjąć jedną z 3 części ciasta, rozwałkować na grubośc ok. 5mm i wycinać foremkami kształt ciasteczek.
6. Przyszedł czas na wykorzystanie zestawu do wyciskania literek w ciasteczkach.


7. Tuż przed włożeniem ciasteczek do piekarnika smarujemy je rozbełtanym żółtkiem lub białkiem , które pozostało nam do oddzieleniu 2 żółtek.
8. Ciasteczka wykładamy na blachę wyłożoną papierem do pieczenia i wstawiamy do piekarnika na ok. 10-15 min.


Ciasto rośnie nieznacznie, więc nie musimy się obawiać, że napis będzie nieczytelny. Niestety nie zdążyłam zrobić zdjęcia gotowych ciasteczek. Mama przysłała mi zdjęcie, na którym może nie widać zbyt wiele, ale może dopatrzycie się napisów ;)




Lemoniada na gorące dni

W zeszłym roku trafiłam na ciekawy odcinek Dzień Dobry TVN, gdzie pokazywano przepisy na piknikowe dania. Wśród nich znalazł się przepis na pyszną lemoniadę. Odcinek można obejrzeć tutaj. Z założenia lemoniada miała mieć bajeczne kolory, które miała zawdzięczać malinom puszczającym sok. Przyznam szczerze, że nie udało mi się tego zrobić. Maliny zastrajkowały i nie puściły soku, ale sama lemoniada była przepyszna. Podam Wam skrócony przepis:

Przepis na lemoniadę
2 pomarańcze
2 cytryny
1 limonka
1.5 l wody mineralnej
brązowy cukier

Przygotowanie:
1. Z butelki 1.5l odlewany ok. 0,5l. 
2. Wyciskamy sok ze wszystkich owoców i wlewamy bezpośrednio do butelki
3. Dolewamy odlaną wcześniej wodę, do pełna.
3. Wsypujemy do butelki cukier wg uznania.
4. Zakręcamy butelkę i intensywnie wstrząsamy w celu rozpuszczenia się cukru.

Gotowe!

Ten sposób przygotowania okazał się najszybszy i najwygodniejszy (zwłaszcza ze względu na długotrwałe rozpuszczanie się cukru w zimnej wodzie). Wyliczyłam, że kupując wszystkie składniki w Biedronce koszt takiej lemoniady 1,5l wynosi 7zł. Nie jest to może najtaniej, ale warto pozwolić sobie chociażby na jedną taką lemoniadę w gorące dni. Naprawdę POLECAM!

Tort z autem


Ten przepis na tort stosuję już od roku i powiem Wam, że wciąż nam się nie znudził. Do tej pory posypywałam go jedynie kakaem z cukrem, więc Krzysiowy tort z autem na szczycie był nie lada wyzwaniem. Poniżej podaję przepis na sam tort:

Tort czekoladowy

Biszkopt czekoladowy
5 jajek
1/4 szklanki cukru
3/4 szklanki mąki pszennej
1 1/2 łyżki kakao
1 łyżeczka proszku do pieczenia
wiśnie z kompotu

Biała masa śmietankowa
0,5l śmietany 36%
8 kostek białej czekolady
1-3 łyżki mleka
1 śmietan-fix

Kakaowa masa śmietankowa
0,5l śmietany 36%
7 kostek gorzkiej czekolady (im większa zawartość kakao tym ciemniejsza będzie masa)
5 kostek mlecznej czekolady
3 łyżki mleka
1 śmietan-fix

Przygotowanie:
1. Białka ubić, dodać cukier i nadal ubijać.
2. Dodać żółtka i jeszcze ubijać.
3. Dodać wymieszane ze sobą: mąkę, kakao i proszek do pieczenia
4. Delikatnie wymieszać i wylać ciasto do wysmarowanej tłuszczem tortownicy (średnica 26-28cm)
5. Włożyć do nagrzanego piekarnika ipiec ok. 25 min. w temp. 180'C.
6. Ostudzić, przekroić na pół, na 2 blaty.
7. Do małego rondelka nalać 1-3 łyżki mleka i na małym ogniu rozpuścić białą czekoladę.
8. To samo zrobić w 3 łyżkach mleka z gorzką i mleczną czekoladą.
9. Rozpuszczone czekolady pozostawić do wystygnięcia. Jeśli ciemne czekolady nadmiernie zgęstnieją można je lekko rozcieńczyć mlekiem, ale radzę unikać mocno rzadkiej konsystencji ponieważ czekolady zostaną dodane do ubijanej kremówki.
10. Ubić najpierw jedną kremówkę, a gdy zgęstnieje dodać do niej ostudzoną białą czekoladę oraz śmietan-fix.
11. Ubić kolejną kremówkę i dodać do niej ciemną czekoladę oraz śmietan-fix.
12. Przygotowane wcześniej 2 blaty ciemnego biszkoptu przełożyć niezbyt grubą warstwą kremu z białą czekoladą i wiśniami z kompotu
13. Następnie nałożyć krem z ciemnych czekolad (pozostawić trochę na posmarowanie boków tortu).
14. Na ciemny krem nałożyć resztę kremu z białej czekolady.
15. Pozostałą częścią ciemnego kremu posmarować boki tortu.
16. Boki tortu obłożyć biszkoptami, a na koniec obwiązać biszkopty wstążką.

Przyozdobienie Krzysiowego tortu wymagało znalezienia wzorcowego auta, które miałoby zwieńczyć całe dzieło. Najłatwiej było oprzeć się o znanego chyba wszystkim maluchom czerwonego Zig Zac'a. Jego bryła była stosunkowo łatwa do uzyskania z  biszkoptu.


Następnie biszkoptowe auto trzeba było pokryć kremem, na który nałożyłam kolorową masę cukrową. Krem wypełnił wszystkie luki i ujednolicił powierzchnie samochodu.


Podobnie jak w zeszłym roku użyłam białej masy cukrowej firmy Renshaw. Wyczytałam w internecie mnóstwo pozytywnych opinii na jej temat. Na potrzebę 1 tortu zużywa się średnio 500 gram (16,90 + koszty przesyłki). Zwykle zostaje niewielka ilość. Gotowa masa ma kształt zbliżony do sztabki zamkniętej w folii. Od razu po rozpakowaniu nadaje się do użycia. Wystarczy jedynie chwilę ją pomiętosić, aby nabrała temperatury i tym samym zwiększyła swoją elastyczność. Oczywiście można spróbować zrobić taką masę samemu z glukozy, ale zanim zabrałam się za swój pierwszy tort wykonałam taką masę na próbę i powiem szczerze, że "kupna" masa była o niebo lepsza z uwagi na wysoką elastyczność. Masa, którą wykonałam sama była bardziej sztywna i bardziej sucha. Podczas pracy z jakąkolwiek masą, należy pamiętać, aby nieużywaną jej część szczelnie zamknąć, żeby nie wyschła. Aby nie kleiła się do stolnicy należy podsypać ją cukrem pudrem. Zabarwiam swoją masę barwnikami spożywczymi w żelu firmy Wilton. Szerzej piszę o nich w poście Tort Tęczowy i ciche przygotowania. Są naprawdę świetne i bardzo intensywne. Mam tylko 3 kolory: niebieski, żółty i czerwony. Pozostałe kolory uzyskuję z połączenia tych trzech (czarny z połączenia czerwonego z niebieskim ;). Wykorzystałam je również do zabarwienia biszkoptów (naniesione za pomocą pędzelka), które stanowiły stelaż dla całego tortu. Takie rozwiązanie ma wiele zalet. 



Przede wszystkim jest ciekawym sposobem na ozdobienie boków i dodatkowo zapobiega "rozpłynięciu" się kremowych warstw. Całość zwieńczyła czerwona kokarda obejmująca tort.

Można kupić całe mnóstwo akcesoriów przeznaczonych do pracy z masą cukrową. Jednak podstawową rzeczą jest wałek. Takie wałki są z reguły dość drogie, a tańsze z nich są zwykle dość krótkie. Czytałam, że panie kupują rury pcv w marketach budowlanych, które spełniają później role takiego wałka. Jest też inna alternatywa, którą osobiście stosuję i bardzo sobie chwalę. W prezencie od ukochanej teściowej dostałam fantastyczny wałek Tupperware, który wykonany jest z plastiku a po wypełnieniu wodą staje się ciężki. Idealnie sprawdza się w pracy z masą cukrową. Ponadto stosuję go do wszystkich innych wypieków i również jestem z niego mega zadowolona. Spokojnie można go myć w zmywarce i łatwo utrzymać go w czystości. W prezencie dostałam także elastyczną stolnicę, która jest sporych rozmiarów i posiada stosowne ściągi kulinarne. Świetny zestaw. Jest dość drogi, bo z tego co widziałam na Allegro ceny zaczynają się od 70zł w górę, ale takiego zakupu dokonuje się raz na wiele lat, więc czasem warto wydać trochę więcej, żeby być bardzo zadowolonym. Gorąco polecam!
Strasznie ubolewam nad pośpiechem, który towarzyszył wszystkim przygotowaniom i nad tym, że w ferworze wszystkich spraw organizacyjnych nie zdążyłam zrobić szczegółowych zdjęć gotowych potraw. Na szczęście podratowały mnie zdjęcia zrobione przez rodzinę i znajomych, z których udało się wyciąć chociaż znaczące kadry. Wpłynęło to niestety na jakość zdjęć, ale mam nadzieję, że można coś na nich dostrzec. Oto, jak wyglądał gotowy tort.






Dla samego Krzysia wygląd auta był na tyle przekonujący, że natychmiast po zdmuchnięciu świeczek postanowił pobawić się autem. 


Wyciągnął zatem rączkę i chwycił autko w rączkę. Jakież było jego zdziwienie, gdy pojazd okazał się bardzo miękki, żeby nie powiedzieć mazisty :)



Dla mamy, która pracowała nad autem przez pół dnia była to największa nagroda :)


Samochód z arbuza


Kolejnym punktem kulinarnym w urodzinowym menu był samochód z arbuza. Przy okazji dowiedziałam, się, że rzeźbienie w arbuzie posiada swoją nazwę - carving. Początkowo auto miało wyglądać nieco inaczej, ale znaleziony w internecie arbuzowy model auta tak bardzo mi się spodobał, że odrzuciłam pierwotny pomysł i oparłam się o zdjęcie z internetu. 
Osadziłam sobie arbuza na niskim plastikowym pojemniku i zabrałam się do pracy. Pierwszym krokiem było wyznaczenie środka na szczycie arbuza i równe wymierzenie krawędzi pojazdu.


Następnie wyrysowałam nożem linię cięcia.


Zanurzyłam nóż w zaznaczonym miejscu i zaczęłam wykrawać fragment. Gdybyście kiedykolwiek wycinali arbuza może Was zaskoczyć charakterystyczne, głośnie "strzelanie".


Po odcięciu zaznaczonego fragmentu konieczne było wydrążenie arbuza.


Po wydrążeniu, dno arbuza wypełniła "arbuzowa zupka", którą oczywiście wylewamy.


Wydrążona skorupa znakomicie nadaje się do tworzenia na niej wzorów. Aby arbuz przypominał auto zaczęłam od wyrysowania kół. Posłużyło mi to tego niewielkie wieczko, doskonale dopasowało się do wypukłości arbuza.


Okazuje się, że zielony wzorek, który widzimy na zewnątrz arbuza stanowi bardzo cienką warstwę pod którą znajduje się jasna, zdrewniała skorupa. Usunięcie zielonej warstwy jest naprawdę łatwe przy użyciu małego nożyka.


Podobnie jak z kołami, do wyrysowania świateł użyłam małej nakrętki po soku marchwiowym.


Ponieważ Krzysiu kończył 2 latka pomyślałam, że "dwójeczka" na drzwiach auta będzie świetnym dopełnieniem dekoracji. Odrysowałam cyfrę od monitora komputera na papierze śniadaniowym i przyłożyłam dwójkę do drzwi arbuzowego auta. Przymocowałam papier za pomocą szpilek. Następnie nakłuwałam brzeg cyfry raz przy razie.


Dzięki temu zabiegowi udało się nanieść krawędzie cyfry poprzez połączenie powstałych kropek.


Ten sam sposób zastosowałam do naniesienia słowa "Krzyś" z tyłu pojazdu :)



Pozostała jeszcze kwestia zderzaków, które udało się uzyskać z odciętego na początku fragmentu arbuza. 


Odcięte paski zamocowałam za pomocą wykałaczek wbitych za pomocą tłuczka od wewnętrznej strony arbuza.


Pozostała część, która została odcięta na samym początku, po odwróceniu stanowiła element otwieranego dachu. Do środka powędrowała natomiast miska z sałatką owocową. Auto miało mieć też przednią szybę, ale zabrakło mi już czasu i trochę inwencji, ponieważ nie bardzo miałam pomysł na materiał na szybę. 


W miejscu kół pojawiły się plasterki cytryny zamocowane, podobnie jak zderzaki, na "gwoździe" z wykałaczek.



Girlanda urodzinowa

Ponieważ przygotowaliśmy przyjęcie w ogrodzie girlanda wydała mi się niezbędnym elementem. Znalazłam świetny sposób na przygotowanie tanim kosztem kart do scrapbookingu. Wystarczą do tego papierowe serwetki, blok techniczny, folia spożywcza i żelazko. Szczegółowe wskazówki do ich wykonania można znaleźć tutaj. Wcześniej przygotowałam sobie litery do słów: "Świętujemy 2 latka Krzysia". W sztywnej okładce bloku technicznego zrobiłam szablon trójkąta, według którego wycentrowałam litery. 


Ważne było, aby litery na wszystkich trójkątach były na równej wysokości.


Na końcu wycięłam trójkąty z literami za pomocą ozdobnych nożyczek. Polecam fantastyczny zestaw 10 nożyczek, które można kupić z dawniejszym KDC a obecnie w Weltbildzie. Ich koszt to ok. 35zł, ale jakość jest naprawdę dobra. Tną rewelacyjnie i posiadają wygodny stojak. Można je znaleźć tutaj.


Oto, jak wyglądała gotowa girlanda urodzinowa.


Po wielkiej uczcie przyszedł czas na rozrywkę. Trampolina to ulubiona zabawa Krzysia, więc spędzał na niej mnóstwo czasu. Na dowód tego wystarczy spojrzeć na tę uśmiechniętą buźkę ;)


Właśnie tak świętowaliśmy 2 latka Krzysia. Było ciepło, słodko i smacznie. Nie mogło być lepiej. Mam nadzieję, że znalazło się w tym poście wiele cennych rad dla tych, którzy pragną przygotować przyjęcie urodzinowe dla swoich pociech. Dziękuję wszystkim za pomoc w przygotowaniach, mojemu kochanemu mężowi oraz gościom, którzy przybyli tak licznie.

Pozdrawiam Was wszystkich serdecznie i zapraszam na kolejnego posta!

niedziela, 23 czerwca 2013

Post balkonowy

Tak, wiem. Strasznie długo już nie pisałam i uwierzcie mi, ciąży mi to bardzo na sercu. Jednak nie będę się tłumaczyć, że nie było czasu, że w domu dużo obowiązków, że pogoda, że plamy na słońcu, itd. Powiem tylko tyle: wreszcie LATO! Od dawna przygotowywałam tego posta, jak również 2 kolejne, bo jak sami wiecie, gdy człowiek zabiera się kilka rzeczy na raz, to później trudno skończyć choćby jedną. To zawsze było moim problemem, zarówno zanim zaczęłam pisać bloga, jak i teraz. Jednak dzięki Wam mam motywację do tego, żeby możliwie szybko doprowadzać wszystko do końca. Podobnie było ze zmianą nagłówka:) Pomyślałam, że czas już zmienić baner na nieco weselszy i bardziej letni.


Tegoroczna wiosna wyjątkowo się do nas nie spieszyła. Przyszła późno i w krótkim czasie starała się nadrobić zaległości. Przyznam szczerze, że czuję się w tym roku trochę oszukana przez przyrodę, jakby ktoś zabrał mi jedną porę roku i od razu kazał korzystać z lata.


Wiosna zafundowała nam przyśpieszony kurs budzenia się przyrody do życia i zamiast upajać się każdym rozwijającym się listkiem, wszystko wybuchło naraz i troszeczkę odebrało nam tę radość ze powolnego budzenia się wszystkiego do życia.


Maj dostarczył nam w tym roku sporą dawkę fajnej pogody, choć może nie tak wielką jak rok temu, ale i tak nie było co narzekać. Z tego powodu każdą wolną chwilę staraliśmy się spędzać na świeżym powietrzu. Skutkiem tych rowerowych wycieczek i niejednego, długo wyczekiwanego grilla było opóźnienie w inauguracji sezonu balkonowego.


W Zielonym Azylu długo nic się nie działo, nie tylko ze względu na przeciągającą się zimę, ale także na zwyczajny brak czasu. Wreszcie znalazłam go na tyle, żeby zakupić kilka kwiatów i zasadzić gladiole (mieczyki), które świetnie sprawdziły się w zeszłym roku, a których z nieznanych mi dzisiaj przyczyn nie pokazałam Wam w zeszłym roku w pełnych rozkwicie. W tym roku za pewno pokażę Wam, jak ślicznie ukwiecają naszą dużą donicę.


Na balkonie zagościła również piękna czerwona pelargonia, która jest prezentem do kolegi Józia, którego z tego miejsca serdecznie pozdrawiam :)


Niedawno obiecywałam metamorfozę, jaka miała mieć miejsce w Zielonym Azylu. Zastanawiam się teraz, czy „metamorfoza” to było właściwe słowo, czy aby nie za wielkie. Użyję zatem sformułowania „kosmetyczne poprawki” :)


Ponieważ zima była długa, moja ukochana mama miała dużo czasu, żeby rozwijać swoją nową pasję, jaką jest papierowa wiklina. Doszła w niej do takiej perfekcji, że bez najmniejszego problemu przygotowała fantastyczne osłonki na moje stare korytka do kwiatów. Przy tej okazji powiem może parę słów na temat wspomnianych korytek. Pierwotnie były koloru zielonego, a kupiłam je na jakiejś wyprzedaży w czasie, gdy nie miałam jeszcze żadnego pomysłu na to, jak urządzić balkon. Potem zrobiliśmy w ich dnie dziury, ale szybko tego żałowałam, bo na wyprzedaży nie było do nich podstawek, a ich regularna cena wciąż wydawała mi się za wysoka. Gdy już natchnęło mnie, jak będzie wyglądał balkon, zielone korytka miały się nijak do całości. Wpadłam więc na pomysł, że je przemaluję i do tego celu użyłam brązowej emalii, jaka pozostała nam po remoncie. Od teściowej dostałam stary lniany obrus, z którego uszyłam sukienkę na klamerki (podpatrzoną na Green Canoe;) a z reszty, jaka mi pozostała uszyłam ozdobne wykończenia do wspomnianych wcześniej korytek. Dno wypełniłam mocnymi reklamówkami, a do nich przyszyłam resztki lnianego obrusa. W tunel wpuściłam sizalowy sznurek i gotowe! Ta PROWIZORKA przetrwała dobre 3 lata. Niestety, jej wygląd mocno podupadł, więc konieczna była rewitalizacja.


Przyszedł czas, żeby zrobić to, jak należy. Wszystko zaczęło się od wiklinowych koszyków, które uplotła moja mama. Pierwotnie koszyki były białe.


W zestawie z gotowymi koszykami dostałam beżową farbę lateksową do ścian, którą musiałam wymalować wnętrze koszyków. Miała to być forma dodatkowego zabezpieczenia przed wilgocią, jak również sposób na usztywnienie całej konstrukcji.



 Z zewnątrz pomalowałam koszyki lakierobejcą Magnat (kolor: teakowy jaspis; koszt ok. 17zł). Konieczne było położenie 2 warstw, żeby kolor był intensywny.



Przyszedł czas na doprowadzenie starych korytek do ładu. Jak już wcześniej wspomniałam konieczne było wyłożenie ich folią, aby woda nie przedostawała się przez pośpiesznie zrobione w dnie otwory. Do tego celu użyłam czarnych worków na śmieci (jeśli dobrze pamiętam zapobiegawczo użyłam tych 60l). Po oderwaniu ich z rolki wyłożyłam workiem dno korytka i uformowałam folię pomagając sobie spinaczami, które utrwalały tymczasowo pożądany kształt. Nadmiar folii odcięłam nożyczkami.





Tym razem wymyśliłam sobie, że nowe "korytkowe wdzianko" będzie wykonane w taki sposób, aby ozdobny materiał wystający na zewnątrz był zdejmowany do prania. Sami widzieliście jak wyglądały stare korytka, więc tym razem chciałam uniknąć wszystkiego, co zwane jest szeroko "prowizorką" i wykonać fachowe łączenie czarnej folii i materiału. Oczywiście pierwszą myślą, jaka zaświtała mi w głowie był zamek błyskawiczny. Niby proste i funkcjonalne. Szybko okazało się jednak, że zamek o długości przeszło 1 metra, to dalece idące szaleństwo graniczące z dużym wydatkiem. Potem pomyślałam o guzikach, ale i ten pomysł wydawał się mało praktyczny. Wreszcie, ni stąd ni zowąd przyszło olśnienie - RZEP! To był strzał w 10-tkę. Łatwe do wykonania i niedrogie rozwiązanie okazało się najlepszym. Żeby jednak przyszyć rzepa konieczne było stworzenie solidnej podstawy na czarnej folii. Kupiłam zatem białą bawełnianą taśmę o szerokości 2cm. Złożyłam ją na pół wokół krawędzi ukształtowanej czarnej folii i zszyłam szerokim zygzakiem.


Następnie, do tak przygotowanej krawędzi folii, przyszyłam plastikową stronę rzepa (tą z haczykami). Rzep idealnie pasował szerokością, do złożonej wcześniej na pół bawełnianej taśmy.




Teraz pozostało jedynie uszyć, stosownej szerokości, materiałowy pasek, który miałby wystawać z korytka i zakończyć go ozdobną koronką. Dokładnie wymierzyłam i przyszyłam drugą stronę rzepa (tą miękką) do krawędzi pozbawionej koronki.



Podsumowując wyglądało to tak:

1. Wiklinowa osłonka


2. Osłonka + plastikowe korytko (z nieszczęsnymi otworami)


3. Osłonka + korytko + czarna folia z rzepem


4. Gotowe korytko na kwiaty (papierowa wiklina)


Moja mama tak się rozpędziła w tych wiklinowych robótkach, że dostałam także piękny, wiklinowy, biały wianek :)


Jak już wspomniałam na początku Zielony Azyl zyskał kilka poprawek kosmetycznych. Kolejną jest zmiana obicia mebli (ławeczki i krzeseł). Tym razem postawiłam na błękit. Brakowało mi przytulnych, ożywiających balkon kolorów. Materiał pochodził z grubej, mięsistej zasłony kupionej w secondhandzie za 3zł. Powłoczki na poduszki uszyłam z materiału na zasłony kupionego w Leroy Merlin (szer. 140cm; cena promocyjna: 19,90/mb; cena standardowa: 24,90/mb). Wzór urzekł mnie od razu a kompozycja kolorów wydawała mi się idealnie pasować do błękitnych obić.


Pomyślałam, że podniszczone doniczki wiszące na pergoli również wymagają odświeżenia. Także w tym przypadku postawiłam na kolor i pomalowałam je na jasno-niebiesko. Wciąż czegoś mi brakuje, więc planuję nanieść na doniczki delikatne słowa: "Home Sweet Home", za pomocą decoupage'u. Mam nadzieję, że uda mi się to zrobić szybko, żeby móc pokazać Wam efekt w następnym poście.


Od długiego czasu przymierzałam się do kupna wosku wybielającego do drewna. Postanowiłam wypróbować go na starej donicy mojej babci, która powoli niszczała. Żeby zahamować ten proces pomalowałam go najpierw lakierobejcą Magnat (kolor: teakowy jaspis, cena ok. 17zł) a następnie nałożyłam wspomniany wosk. Przyznam, że nakładanie wosku wymaga pewnej wprawy, ponieważ łatwo jest nałożyć w jednym miejscu mniej, a w drugim więcej. Różnicę jest dość trudno zniwelować, więc gdy ktoś robi to po raz pierwszy, radzę zachować umiar i profilaktycznie nakładać mniej niż więcej. Chciałam ożywić donicę jakimś ornamentem. Wzór wyszukałam w internecie i wykonałam szablon wg. tej samej metody użytej w metamorfozie tablicy korkowej. Przyznam, że nakładanie wzoru woskiem to prawdziwa przyjemność. Dzięki gęstej konsystencji nic się nie rozlewa i aplikujemy dokładnie taką ilość jaką chcemy. Dzięki tym wszystkim zabiegom donica zyskała odświeżony wygląd, ale co najważniejsze jest już zabezpieczona przed niekorzystnymi warunkami atmosferycznymi i będzie cieszyła oko przez kolejne, długie lata. 






W Zielonym Azylu pojawił się nowy element. Kwietnik, który wygrałam na festynie parafialnym. Los kosztował jedynie 3,50zł, ale było warto ;) Początkowo chciałam go przemalować na biało, ale doszłam do wniosku, że obecny wygląd, lekko retro, pasuje idealnie. Postawiłam go na wprost wejścia, ponieważ pomyślałam sobie, że balkon z pokojem będą się w ten sposób wzajemnie przenikać i kwiaty sprawią wrażenie, jakby znajdowały się wewnątrz mieszkania. Miło jest teraz rzucić okiem w stronę drzwi balkonowych, aby nacieszyć się ferią barw.



Możemy pochwalić się również własnym, oswojonym motylem, który zagościł u nas w ramach Dnia Dziecka. Wprawdzie był to prezent od teściów, ale zaskakująco entuzjastycznie reagują na jego obecność Krzysiu i ... Valdemar :)


Również nasz uniwersalny wianek zyskał nowe - letnie oblicze ;)



Od dłuższego czasu, po ławeczką, zaczęły mi się gromadzić różne szpargały. A to puste doniczki, a to trochę ziemi do kwiatów, to znowu Krzysia zabawki i tak ziarnko do ziarnka i uzbierało się tego całkiem sporo. Nie wyglądało to zbyt estetycznie, więc postanowiłam ukryć wszystko za niewielką zasłonką. Wykorzystałam do tego zasłonkę kupioną kiedyś w secondhandzie. Materiał zawiesiłam na brązowym mini karniszu do zazdrostek. Wreszcie zapanowałam nad tym chaosem.


Letnia aura za oknem sprawiła, że nasze kocury pasjami spędzają czas na balkonie. Nie przeszkadza im nawet palące słońce a wieczorami urządzają sobie polowanie na chrabąszcze :)


Na koniec dołączam kilka migawek z majowego weekendu. Jak przystało na małego patriotę, w tym roku Krzysiu własnoręcznie powiesił flagę (z niewielką pomocą rodziców ;). Z uwagi na zastosowaną siatkę zabezpieczającą "koci" balkon nie możemy zawiesić flagi na zewnątrz balkonu, dlatego wieszamy ją w środku. Prezentuje się równie dostojnie.



Tym patriotycznym akcentem żegnam się z Wam Kochani i macham do Was ile sił, życząc tym samym równie pogodnych dni, jak te, które rozpieszczały nas w mijającym tygodniu. Na zachętę, zdradzę Wam, że w następnym poście zaserwuję Wam "kuchenną rewolucję" ;D

Pozdrawiam i do zobaczenia!