czwartek, 26 lipca 2012

Minął roczek

Właśnie... Zanim się obejrzeliśmy, minął rok od chwili narodzin naszego synka, Krzysia. To był chyba najbardziej pracowity, wyczerpujący, wymagający, a przy tym cudownie radosny, odkrywczy, wzruszający, ujmujący i napawający dumą rok naszego życia. Krzysio skończył właśnie pierwszy rok swojego życia i dane nam było świętować ten dzień w gronie rodzinnym. Nie będę się rozpisywać na temat tego, jak przebiegała ta uroczystość. Powiem tylko tyle, że dla Krzysia warto było się starać. Tort również uzyskał ostateczną formę i pomimo drobnych niedociągnięć, a raczej niespodzianek jakie spotkały mamę podczas dekorowania, wyglądał całkiem przyzwoicie. Przyznaję, wzór dekoracji zgapiłam niemal kropka w kropkę z internetu, ale nie mogłam się oprzeć, bo tak mi się podobał. Z pewnością zaskoczeniem wśród gości okazał się kolorowy środek ;)




Ponieważ, z okazji urlopu męża, możemy wreszcie spędzić trochę czasu razem, postanowiliśmy pokazać Krzysiowi nasze polskie morze. Wykorzystaliśmy niezwykle pozytywną prognozę pogody na najbliższe dni. Muszę Wam powiedzieć, że zawsze wszystko szczegółowo planowaliśmy, mam na myśli wyjazdy wakacyjne. Od 2 lat łamiemy tę regułę i wyruszamy na spontaniczne wyjazdy. Dzień, lub 2 dni wcześniej (po uprzednim sprawdzeniu prognozy pogody) rezerwujemy nocleg i ruszamy w drogę. Ten sposób spędzania wakacji bardzo nam się spodobał i dzięki temu zawsze mamy dobrą pogodę. Naprawdę polecam! Tak zrobiliśmy i tym razem. Fakt, trudno było znaleźć przyzwoity nocleg, z uwagi na duże zainteresowanie wyjazdami nad morze w ostatnich dniach. Wreszcie, po kilku telefonach znaleźliśmy fajną kawalerkę w Sopocie. Właśnie siedzę tu sobie i korzystając z drzemki chłopaków piszę tego posta;)

Drodzy przyszli i obecni rodzice rocznych dzieci, którzy nie byliście jeszcze nad morzem. Jeśli sądzicie, że wyjazd z takim maluchem nad tą wielka piaskownicę to najlepsza forma wypoczynku, to jesteście w wielkim błędzie! O ile nie zabierzecie ze sobą dziadków, taki wyjazd niewiele będzie miał wspólnego z wypoczynkiem. Dopóki maluch nie będzie zmęczony lub znudzony widokiem niekończącego się piasku, to wszystko będzie w porządku. Oczywiście pomijam zjawisko wszechobecnych petów na plaży, które wydają się być dzieciom ciekawym przedmiotem, który koniecznie trzeba wziąć do rączki. Bywają jednak takie ciekawe zjawiska jak mewa, którą można gonić;)




Ponieważ synoptycy zapowiadali upały, postanowiliśmy zakupić namiot plażowy, żeby dawał nam trochę cienia. Pierwotnie planowaliśmy zakupić namiot marki Quechua z Dacathlonu, ale cena nas trochę powaliła (ok.130zł), więc odwiedziliśmy Auchan, gdzie niemal identyczny (Quechua różniła się zmontowanym zamkiem, dzięki któremu można było zrobić z namiotu zamykaną przebieralnię) namiot kosztował zaledwie 30zł. Pewnie kojarzycie namioty samorozkładające się w 2 sekundy. Powiem Wam szczerze, że sprawdził się znakomicie. Rozkładanie jest super. Złożony  namiot ma kształt płaskiego krążka o średnicy zbliżonej do koła samochodu osobowego. Na ogół posiada rączkę do noszenia na ramieniu. Po wyjęciu z pokrowca i zwolnieniu gumki zabezpieczającej namiot robi PUF i już jest rozłożony. Jak wiadomo, do każdego takiego wynalazku dołączona jest instrukcja obsługi. W tym miejscu gorąco apeluję do rodziców: NAUCZCIE SIĘ GO SKŁADAĆ! Rozkłada się banalnie łatwo, ale już składanie to wyższa szkoła jazdy. Zapomnijcie o instrukcji obsługi. To wpierw trzeba zobaczyć, dlatego odsyłam do filmu, gdzie pan bardzo powoli i dokładnie pokazuje jak to zrobić.
Ile my się namęczyliśmy, żeby to złożyć. Mądry Polak po szkodzie, co? ;) No właśnie. Nie przetestowaliśmy tego przed wyjazdem, więc próba (podkreślam słowo "próba") jego złożenia zajęła nam 20 min. i oczywiście nic z tego nie wyszło. Musiało to wyglądać komicznie. Skompresowaliśmy go do możliwie niedużych rozmiarów i w tak załadowaliśmy go do samochodu. Dopiero w kawalerce opanowaliśmy tą trudną sztukę składania. Uff, teraz możemy ze spokojem ruszać na plażę.



Niezależnie od tego, z jakimi problemami wiąże się wyjazd nad morze z rocznym maluszkiem, powiem krótko: WARTO. Jak to powiedziała moja mama, zmiana otoczenia też jest potrzebna. Przychylam się do tej opinii, bo może nie mamy czasu dla siebie, żeby ponapawać się widokami, nie mówiąc już o zażywaniu słonecznych kąpieli, ale wspólne chwile spędzone z dzieckiem są bezcenne. Pierwszy dotyk piasku, pierwsze zanurzenie stópek w morskiej wodzie, pierwsza gonitwa za mewą- to wszystko sprawia, że taki wyjazd na zawsze pozostaje w naszej pamięci.

Ze słonecznego Sopotu, gorące pozdrowienia przesyłają Wam mama Krzysia, tata Krzysia oraz Krzysiu ;)




czwartek, 12 lipca 2012

Tortownica



Z okazji zbliżających się urodzin Krzysia postanowiłam przeobrazić post-komunistyczną tortownicę w bardziej okazalszy model. Jej poprzedni wygląd powalał na kolana, co najwyżej ze śmiechu. No, ale cóż. Takie mieliśmy czasy i ówczesne smaki różniły się o dzisiejszych. Zresztą zobaczcie sami:)


No właśnie. Dlatego metamorfoza musiała być naprawdę szokująca. Zainspirował mnie do niej post na Jagodowym Zagajniku, gdzie Ita pokazała swój kunszt przeobrażając tortownicę w prawdziwe cudo. Czytając jej posta pomyślałam: "Hej, ja też mam starą tortownicę. Genialny pomysł!"
Pierwszą rzeczą, jaką musiałam zrobić to rozebrać tortownicę na części pierwsze i usunąć starą, łuszczącą się już farbę. Moim oczom ukazał się relikt zamierzchłych czasów, który jak się zabawnie okazało był dziełem rodziców moich najlepszych kumpli z podwórka, Michała i Łukasza. W tym miejscu gorąco pozdrawiam chłopaków i ich rodziny ;)


Wracając jednak do tortownicy. Zmatowiłam chromowaną obręcz papierem ściernym, żeby farba z niej nie odpryskiwała i przed pomalowaniem odtłuściłam spirytusem.


Usunięcie malowidła na szybie, wbrew łuszczącej się farbie na brzegach okazało się dość kłopotliwe. Na środku farba trzymała jak diabeł sołtysa. Po jej usunięciu, niebieskie odpryski były po prostu WSZĘDZIE.


Idąc za pomysłem z Jagodowego Zagajnika, za nogę tortownicy posłużył drewniany świecznik. Sam świecznik również musiał przejść małą metamorfozę i konieczne było usunięcie z niego warstwy lakieru i skrócenie go "o głowę".


Gdy noga była już przygotowana do dalszych prac, stanęłam przed nie lada problemem. Jak przymocować nogę i jednocześnie zachować zdolności motoryczne tortownicy? Czyli: Jak to zrobić, żeby się kręciła? Tą kwestię przekazałam do realizacji fachowcowi, czyli mojemu kochanemu tacie :) Dzięki niemu i jego pomocnikom rach, ciach i noga była gotowa. Technicznie rzecz ujmując noga została przewiercona wewnątrz i poprowadzono w niej metalową tuleję. Niestety nie mam zdjęć z tej skomplikowanej operacji, więc mam nadzieję, że to co napisałam jest w miarę zrozumiałe.
Poprosiłam przy okazji, aby tata dorobił nodze nieco szerszą stopę, ponieważ obawiałam się, że oryginalna średnica świecznika będzie zbyt mała i tortownica będzie niestabilna. Tata wziął sobie tę prośbę do serca i dorobił szeeeeroką stopę. 




Pierwsza rzecz, jaka mi przeszła przez myśl to: "obciąć", ale moja mądra mama powiedziała: "zrobisz jak uważasz, ale dzięki temu będzie stabilniejsza". Przez kilka kolejnych dni biłam się z myślami patrząc na to płaskostopie tortownicy:) Wreszcie podjęłam decyzję, że stopa zostaje. Mamy są jednak najmądrzejsze. Skoro stopa została, trzeba było coś z nią zrobić, żeby komponowała się z całą resztą. Przyszła mi na myśl masa strukturalna. Zanurzyłam palce w internecie o wyszukałam co następuje: akrylowa masa strukturalna Perfetto 120ml. Znalazłam sklep internetowy, w którym masa kosztowała 11zł. Mój kieszonkowy wąż znowu się odezwał, więc zerknęłam szybko na koszty przesyłki,a tam...1zł! Ależ byłam uradowana, więc od razu kliknęłam "kupuję" i kilka dni później już mogłam działać dalej. Okazało się, że w dniach, kiedy kupowałam masę była akurat promocja na koszty przesyłki:)) To się nazywa fuks!
Miałam już wydrukowany nowy motyw, który miał zastąpić dotychczasowe kwiatki na niebieskim tle, więc odrysowałam jego fragment, chcąc nanieść go na stopę. Dzięki temu wzór naniesiony masą strukturalną miał nawiązywać do motywu tortownicy. Za szablon posłużyła mi tektura podklejona taśmą dwustronną.


Chodziło o to, by masa nie dostała się pod tekturę i nie rozmazała wzoru. Był to najtrudniejszy i najbardziej mozolny etap metamorfozy, a mianowicie wycinanie nożykiem do tapet wzoru w kartonie. Wywijasy wymagały precyzji, a nożyk okazał się mało poręczny. Ponadto tektura nie była zbyt trwała, więc każdy z czterech dużych wzorów wymagał osobnego szablonu.



Grubość kartonu wyznaczała odpowiednią wysokość aplikacji i dzięki temu wzór nie był zbyt płaski. Masę nanosiłam zwykłym nożem kuchennym. Ważne jest, aby w przypadku tej masy zdjąć szablon zaraz po nałożeniu, ponieważ dłuższa zwłoka powoduje, że szablon będzie miał tendencję do odchodzenia razem z nałożonym wzorem.




Z mniejszym wzorem poszło łatwiej, ponieważ udało się zastosować tylko jeden szablon.


Po wyschnięciu, oszlifowałam masę pilnikiem do paznokci, żeby usunąć "zadziory".


Wreszcie tortownica była gotowa do pomalowania. Teraz poszło już z górki. Pomalowałam całość farbą akrylową w kolorze ecru  ( stopę najpierw na brązowo) i tradycyjnie zrobiłam przecierkę. A tu szok! NIE PASUJE! Normalnie, całość wyglądała okropnie. Powód? Motyw na tortownicy był już tak ozdobny, że przecierka tylko wprowadzała chaos. Chwyciłam szybko za pędzel i zamalowałam. Ufff... Tortownica uratowana. Teraz można ją oglądać w pełnej krasie, choć nie powiem - przeżyłam chwile grozy ;)








Swój debiut będzie miała na roczku Krzysia, który zbliża się wielkimi krokami.

Obiecałam, że zamieszczę zdjęcie zaproszenia na tę uroczystość. Gdy wyjęłam je z koperty byłam wniebowzięta. Wyglądało jeszcze lepiej niż na zdjęciach. W tym miejscu muszę podziękować pani Małgorzacie za pełen profesjonalizm i fantastyczny kontakt mailowy. Każdej mamie i każdemu tacie życzę takiego zadowolenia z usługi tworzenia zaproszeń na okazje związane z pociechą. Pani Małgosia była bardzo uprzejma, a na dodatek zaprojektowała prześliczne zdobienia wewnątrz zaproszenia. Oboje z mężem byliśmy zachwyceni. Uznałam zatem, że warto polecić jej usługi, dlatego zainteresowanych rodziców odsyłam do strony firmy Sorrento. Tymczasem zamieszczam obiecane zdjęcia. Sami popatrzcie, czy to zaproszenie nie jest słodkie ? :)




Pozdrawiam Was serdecznie i do kolejnego posta :)

poniedziałek, 2 lipca 2012

Metoda suchego pędzla



Jakiś czas temu robiąc generalne porządki znalazłam w szufladzie ramkę z młodzieńczych lat. Z uwagi na jej krzyczący, niebieski kolor przeleżała tam kilka dobrych lat, ponieważ ciągle nie pasowała do ogólnego wystroju salonu. Wyciągnęłam ją z szuflady, popatrzyłam na nią, pomyślałam: "...na biało..." i odłożyłam z powrotem do szuflady. Minął miesiąc. Dzisiaj, pod wodzą impulsu sięgnęłam po nią ponownie z konkretnym już planem działania. Od jakiegoś czasu urzekają mnie prace będące efektem zastosowania metody suchego pędzla. Chciałam tę wiedzę zastosować w praktyce, więc wybór padł na wspomnianą ramkę. Korzystając z Krzysiowej drzemki przystąpiłam do pracy.

Zaczęłam od pomalowania ramki szarą farbą akrylową, jaka pozostała mi po malowaniu doniczki.



Gdy ramka wyschła, sięgnęłam po białą farbę akrylową i zanurzyłam w niej koniuszek pędzla. Nadmiar farby usunęłam wycierając pędzel o gazetę, która chroniła przed zabrudzeniem i niemal suchym pędzlem zaczęłam omiatać wystające na ramce kwiatuszki. Oszołomiona patrzyłam, jak błyskawicznie kwiaty nabierały głębi. 





Tak samo omiotłam krawędzie ramki. To była czysta przyjemność i trwało to zaledwie chwilę, zanim ramka była gotowa.





W ramce zagościło zdjęcie mojej ukochanej babci Jadzi.

Ta metamorfoza była wyjątkowo szybka i jak się okazało banalnie łatwa, za to efekt naprawdę mnie zaskoczył. Zresztą sami zobaczcie.



Polecam metodę suchego pędzla na czas drzemki Waszych pociech lub na każdą inną wolną chwilę ;)

Pozdrawiam Was gorąco i rzucam się w żar upału za oknem :)