piątek, 7 września 2018

Balkonowy recykling

Wiosenne porządki na balkonie skłoniły mnie do refleksji nad naturalnym drewnem. Własnie taki detal widziałam na krótszej ścianie z siedziskiem. Wybrałam się nawet do marketu budowlanego w poszukiwaniu boazerii, ale w obliczu innych wydatków cena skutecznie mnie odstraszyła. Gdy pogodziłam się już z faktem, że pewnie nic z tego nie wyjdzie, podczas spaceru dojrzałam stos sosnowej boazerii zgromadzony przy jednym ze śmietników. Boazeria pochodziła z demontażu, ale jej stan był zadowalający a deski wystarczająco długie. Nie zwlekając, po spacerze wsiadłam w samochód i "przytuliłam" zdobycz ;)


Większość desek miała zachowane pióra i wpusty, a jeśli deska była w gorszym stanie, przycinałam ją w taki sposób, żeby zachować jej najlepszy fragment.

Po odmierzeniu właściwej długości i przycięciu desek przyszedł czas na usunięcie starej warstwy lakieru.






Na ścianie, gdzie miały znaleźć się deski, z pomocą męża, przygotowałam "stelaż" pod odświeżone deski. Były to dwie listwy montażowe (30x10x2000mm) kupione w Leroy Merlin (10 szt./22,80zł). Nie chciałam, żeby były zbyt grube i zbytnio odstawały od ściany.



Same deski z boazerii wymagały jeszcze pewnego przygotowania.

Aby ułatwić sobie pracę nad przygotowaniem desek do montażu przygotowałam przymiar, który pozwolił mi na wywiercenie otworów na wkręty w równych odległościach. Dzięki temu nie musiałam mierzyć każdej deski z osobna, tylko przykładałam mój przymiar do krawędzi desek i nawiercałam otwór. Ważne jest, aby zaznaczyć sobie krawędź zewnętrzną, bo bez tego łatwo można się pomylić i przyłożyć przymiar odwrotną stroną. Wcześniejsze nawiercenie otworów chroni przed pęknięciem deski podczas przykręcania.






Po wywierceniu otworów, pogłębiłam je na potrzebę wpuszczenia wkrętów i zlicowania ich z deską. Wcześniejsze nawiercenie otworów chroni przed pęknięciem deski podczas przykręcania. Obok kładłam sobie wkręt wpuszczany, żeby nie zrobić zbyt małego lub zbyt szerokiego wgłębienia.




Deski zaczęłam przykręcać od góry. 



Dużo łatwiej i wygodniej byłoby zacząć od dołu, ale mogłoby się na końcu okazać, że zabrakłoby miejsca na ostatnią górną deskę lub pozostałby za duży odstęp od sufitu. Mógłby mnie zastać poniższy efekt, w najbardziej widocznym miejscu.


Deski za siedziskiem i tak pozostają niewidoczne, więc nie musiałam się przejmować tym, jak wypadnie ta ostatnia.

Ponadto cały czas musiałam pilnować poziomu, zwłaszcza że piony i poziomy ścian balkonu są dalekie od ideału.


Ponieważ podczas montażu boazerii nie miałam nikogo do pomocy, ułatwiłam sobie tę czynność wkręcając częściowo wkręty w przygotowane otwory. Potem tylko mocowałam deski we pióro-wpuście, poziomowałam i przykręcałam wkrętarką na gotowo. 



Początkowo chciałam użyć uniwersalnych wkrętów w kolorze, który zlał by się z drewnem, ale okazało się, że mam ich zbyt mało, więc użyłam czarnych wkrętów. Miały być tylko tymczasowo, ale mój mąż stwierdził, że wyglądają retro i przyznałam mu rację. Faktycznie nadały lekkiego charakteru całej aranżacji.



Tak oto prezentuje się ściana po zmianie. Balkon jest długi (4,5m x 1m), więc drewniana ściana optycznie go skróciła i dodała przytulności. Zrobiło się ciekawiej :)




Roleta rzymska jako osłona przed słońcem Przy okazji tej małej metamorfozy uszyłam też drugą roletę rzymską, która okazała się zbawienna przy tegorocznych upałach. Na balkonie, jak i w salonie zrobiło się jeszcze przytulniej, gdy zalało je miękkie światło przenikające przez kremową roletę. W czasie upałów nie musieliśmy siedzieć w ciemnościach, żeby zaznać odpoczynku od palącego słońca.





Ponadto, opuszczona do połowy roleta, świetnie kadruje widok z balkonu. W pierwszej chwili miałam wrażenie, że znalazłam się z zupełnie nowym, nieznanym mi miejscu. A przecież to ten sam balkon co wcześniej , tylko teraz cały widok skupił się nie na blokach po drugiej stronie ulicy, ale na zieleni pomiędzy budynkami.



Wieczorami...
Po zachodzie słońca czerpiemy przyjemność z ostatnich ciepłych letnich wieczorów. Po zasunięciu rzymskich rolet balkon staje się tylko i wyłącznie nasz, a nastrojowe oświetlenie dopełnia całości...





Podsumowanie
Nie dość, że udało mi się zaoszczędzić pieniądze, to jeszcze mam satysfakcję z wykorzystania drewna z odzysku. Ten mały i stosunkowo szybki recykling sprawił mi dużo przyjemności. Do tego samego zachęcam i Was. Korzystajcie z okazji by z pozoru niepotrzebnym przedmiotom, dawać drugie życie :)

środa, 29 sierpnia 2018

Remont, czyli mały salon w Wielkiej Płycie

15m2. Tyle liczy nasz salon. Czy to dużo? Oczywiście że nie, zwłaszcza gdy pełni on funkcje: salonu, jadalni, sypialni i pokoju zabaw. Małe przestrzenie wymagają często duuużych wysiłków, aby pomieścić nasze wielkie oczekiwania.


Nad rewolucją w naszym małym wielkim salonie zastanawiałam się blisko 2 lata... Przez ten czas koncepcje nieustannie się zmieniały. Ostatecznie z pomocą przyszedł Sketchup - program do projektowania w 3D. Zaletą projektowania komputerowego jest możliwość szybkiej zmiany koncepcji, chociaż przystępując do remontu niektóre z pomysłów i tak ulegają modyfikacji.








Przed przystąpieniem do zmian należy wytyczyć sobie cele, jakie zamierzamy osiągnąć dzięki nowej aranżacji wnętrza. W naszym przypadku cel był jeden: przestrzeń, przestrzeń i jeszcze raz przestrzeń. Zatem celem było coś, co z założenia było niemożliwe do osiągnięcia, więc należało stworzyć pozory tej przestrzeni.

Jak optycznie powiększyć przestrzeń w małym pomieszczeniu?
- jasne odcienie farb ściennych
- chłodne kolory farb ściennych
- usunięcie zbędnych ozdób oraz półek ze ścian
- jasne kolory mebli
- błyszczące fronty mebli
- niskie meble (możliwie mała ilość wysokich szaf i szafek ściennych)
- meble osadzone na nóżkach lub zawieszone nad podłogą (dodają optycznej lekkości)
- sprytne rozwiązania w postaci rozkładanych mebli i schowków (wielofunkcyjność mebli)
- półprzezroczyste firany, jaśniejsze zasłony (najlepiej gładkie lub delikatne, subtelne wzory)
- błyszczące powierzchnie podłóg.

Kolory ścian i wybór odpowiedniej farby
Dotychczas nasze ściany były w dość intensywnym żółtym kolorze. Brałam pod uwagę: chłodny błękit, jasną szarość lub oliwkową zieleń. Ponieważ salon jest najbardziej obleganym pomieszczeniem w naszym domu, postawiłam na renomowaną markę i zdecydowałam się na farbę Tikkurila Optiva 5 Matt (105zł/5l Leroy Merlin; cena promocyjna 85zł/5l; 2016 r). Długo nie mogłam zdecydować się na kolor. Z pomocą przyszły mi tzw. testery, które odbiegają od powszechnego wyobrażenia na ich temat. Nie jest to jedynie 50ml czy mała saszetka, ale przyzwoita puszka farby o pojemności 0,25l (24zł, Leroy Merlin; 2016r). Kolory wybrałam z mieszalnika i przyznam, że niełatwo było wybrać odcień. Zawsze gdy stajemy przed takim dylematem pamiętajmy, aby wybierać farbę o 2 tony jaśniejszą od tej, która spodobała nam się w sklepie. Możemy być pewni, że jeśli wybierzemy tę pierwszą, w naszym mieszkaniu okaże się zbyt ciemna. Wybieranie jaśniejszego odcienia jest najbezpieczniejszą metodą. Farby z testera nie musiałam żałować, więc na każdej z 4 ścian namalowałam sporych rozmiarów pasy, aby przekonać się, jak wybrany kolor zachowuje się o różnych porach dnia i w różnych warunkach oświetlenia. Z czasem, gdy okazywało się, że farby w testerze jeszcze trochę zostało, malowałam jedną ze ścian w całości. Przez jakiś czas pokój mienił się różnymi kolorami ze wszystkich stron. Taki zabieg upewnił mnie, że dokonałam właściwego wyboru koloru. Błękit i szarość okazały się zbyt chłodne i nie czuliśmy się w nich dobrze. Jednak jasna, oliwkowa zieleń okazała się strzałem w 10-tkę. Przed wyborem koloru farby warto poczytać na temat wpływu kolorów na nasze samopoczucie. Wybrana przez nas zieleń wycisza i sprzyja relaksowi, co idealnie sprawdza się po powrocie do domu, po ciężkim dniu.

Sufitowa farba cud
Jak to mówią: "Reklama dźwignią handlu". Przyznaję - uległam namowom Doroty Szelągowskiej w programie "Dorota Was urządzi" (patrz: "lokowanie produktu" :) i postanowiłam sprawdzić działanie farby do sufitów Tikkurilla Anti-Reflex.


Efekt? Porażający lub innymi słowy "efekt WOW!". Rzeczywiście farba rewelacyjnie optycznie niweluje nierówności sufitu. Nie przypuszczałam, że efekt będzie tak spektakularny. Oczywiście farba nie sprawi, że nierówności znikną (mimo iż jest bardzo gęsta), ale omami nas takim złudzeniem misternie rozpraszając światło. Zasługuje na to, żeby ją z czystym sercem polecać. Niestety wspomniany efekt nie jest tani. W czasie przeprowadzania tego remontu, koszt farby wynosił 73zł/3l (Allegro + przesyłka; 2016r). Obecnie można dostać ją np. w Obi za 99zł. Na potrzebę naszego sufitu o wymiarach 3,5x4,5m zużyłam półtora opakowania (2 warstwy). Żałuję, że nie zrobiłam zdjęcia "przed i po".

Meblowy recykling
Przytłaczały mnie meble w kolorze wenge. W chwili, gdy je kupowaliśmy wiedziałam, że dość szybko się "zestarzeją" (BRW, seria Largo). Nie mniej jednak, poza kolorem były jeszcze całkiem dobre. Zdecydowałam się zatem na sprawdzony już wielokrotnie sposób a mianowicie zastosowanie okleiny drewnopodobnej. Wybrałam kolor buku.
Pewnie wielu z Was sądzi, że oklejanie mebli to karkołomne zadanie - nic bardziej mylnego. Owszem, kiedyś okleiny zostawiały mnóstwo bąbli powietrza, które trzeba było później niwelować, ale współczesne okleiny znacząco się od nich różnią. Oczywiście są między nimi pewne różnice jakościowe. Swoją okleinę kupiłam w sklepie, który zajmował się wyłącznie sprzedażą oklein i tapet. Okleina była niemieckiego producenta i naprawdę przyjemnie się ją kładło. Wystarczyło ją przegłaskać ręką, aby powstałe bąble powietrza znikły. Moja okleina była produkcji niemieckiej. Kilka miesięcy później miałam okazję oklejać okleiną kupioną w Leroy Merlin i była zauważalnie gorsza. Zostawiała więcej bąbli, które trudniej było usuwać (niejednokrotnie musiałam użyć szpilki żeby usunąć bąble powietrza), ale i tak była o niebo lepsza od tych oklein sprzed 8-10 lat. Zatem, jeśli nie dysponujemy dużym doświadczeniem w oklejaniu lub zależy nam na łatwej pracy z taką okleiną, warto kupić ją w sklepie specjalizującym się w ich sprzedaży.


Nasze meble mają specyficzną, wpuszczoną lekko do środka ramkę w obrysie i tylko ona nastręczała mi trudności. Zdecydowałam się także na zmianę uchwytów zwłaszcza w szafce służącej jako barek. Pierwotnie uchwyty były płaskie, niewygodne i umieszczone w centralnej części frontu. Było to bardzo niepraktyczne rozwiązanie. Nawierciłam otwory w nowych miejscach pod nowe gałki.


Otwory jakie pozostały po starych uchwytach pozostawiłam, zaklejając jedynie okleiną. Są niewidoczne. Dobrze naciągnięta okleina nie pozostawiła nawet zagłębień w miejscach starych otworów.
Szafka pod telewizor była w najgorszym stanie (odklejający się fornir, liczne obicia) i co ciekawe mieściła najmniej rzeczy. Pomimo swoich znaczących gabarytów miała jedynie 2 niewielkie szuflady i wnękę. Posłużyła więc za "dawcę organów" w moim misternym planie...;)
Zakup okleiny na wszystkie widoczne meble w salonie odbył się kosztem 250zł. To dużo mniej niż zakup nowych mebli ;)

Uwaga!
Należy pamiętać, że folie samoprzylepne z biegiem lat, mają tendencję do kurczenia się. Warto mieć to na uwadze, gdy dokonujemy łączeń okleiny w widocznych miejscach.

Zwariowałam! Szafa przerobiona na komodę!
Wymyśliłam sobie długą na 2m komodę. No tak, ale ceny takiego mebla przyprawiają o zawrót głowy i nie tak łatwo go znaleźć. Gdy tak siedziałam pewnego wieczoru gapiąc się na stare meble w znienawidzonym kolorze wenge i zastanawiając się co tu zrobić, doznałam olśnienia. Mój wzrok zatrzymał się na wąskiej, wysokiej szafce.


Przechyliłam lekko głowę w prawą stronę po czym spojrzałam na szafkę pod telewizorem. Wtedy stało się dla mnie jasne:"...a gdyby tak położyć szafę na bok, dorobić jej nóżki i przerobić front, byłaby z tego przyzwoita 2-metrowa komoda...". Nowy mebel wymagał jeszcze kilku poprawek. Bukowe, lekko gięte nóżki kupiłam przez internet (8zł/szt.). Mój mąż musiał sprostać moim szalonym pomysłom i dopracowywać pewne techniczne szczegóły tej przeróbki, o których ja nie pomyślałam (mocowania siłowników):) Wspaniale się spisał:) Front szafy zaniosłam do stolarza i poprosiłam o fachowe przecięcie w połowie. Udało się także wykorzystać stare zawiasy. Wystarczyło jedynie nawiercić otwory pod nowe uchwyty. Należało jeszcze zrobić nadstawkę, w której miały się znaleźć wszystkie urządzenia RTV: dekoder, router, wieża i konsola. Chodziło o to, żeby wspomniane sprzęty nie stały gdzieś na wierzchu, tylko były schowane w jednym miejscu. Części do nadstawki pochodziły z rozebranej wcześniej szafki pod telewizorem.


Górę nastawki zrobiliśmy z najtańszego blatu kupionego w hipermarkecie budowlanym i dociętego na wymiar (standardowa głębokość 60cm; my potrzebowaliśmy 40cm). Kolor nie miał znaczenia. W końcu i tak wszystko miało być oklejone.



1/4 salonu, czyli jadalnia


Już na samym początku prac nad przearanżowaniem salonu założyłam sobie, że zamienię tradycyjny prostokątny stół na okrągły. Dotarło do mnie, że nasz dotychczasowy stół o wymiarach 75x120 był wykorzystywany tylko w 3/4. Był duży i mocno wdzierał się w środkową część i tak małego salonu. Sprawiał, że pokój wydawał się zagracony. Wtedy właśnie pomyślałam, że właściwie nie potrzebujemy tak dużego mebla, a ponadto jego prostokątny kształt sprawia, że nie wszędzie można go postawić. Natomiast okrągły stół wydawał się odnaleźć w każdej sytuacji. Musiał spełniać jednak dwa warunki:
1. Rozkładać się do minimum 180cm (podobnie jak poprzedni stół).
2. Posiadać średnicę między 105, a 110cm.

Wbrew pozorom, sprostanie tym dwóm warunkom było niezwykle trudne. Zazwyczaj stoły mają 115cm + przedłużka 45cm, co daje ledwo 170cm. Znalezienie właściwego stołu zajęło mi około miesiąca. Szukałam oczywiście stołu używanego na OLX, aby zminimalizować koszty remontu. Poza tym wychodzę z założenia, że często lepszy jest starszy mebel ale solidniejszy, niż nowy (gorszej jakości) z sieciówki za te same pieniądze. Dopisało mi szczęście i znalazłam stół w idealnym rozmiarze. Wykonany w całości z litego drewna (w Wejherowie, w 2007 roku), z zestawem 4 krzeseł kosztował 650zł.



Mimo, że poszukiwałam stołu z białymi nogami i blatem w kolorze drewna, ten który udało nam się kupić posiadał pewną wartość dodaną: rozkłada się do 280cm! Dzięki temu zmieści się przy nim nawet 14 osób!


Kolor stołu zyskał akceptację a przy okazji nawiązał do koloru drzwi wewnętrznych.



Krzesła są o wiele wygodniejsze od poprzednich i mimo, iż nie planowałam zakupu takiego kompletu (stół+krzesła), sam stół był tego wart. Pierwotnie założenie było takie, aby odnowić krzesła z lat 60-tych z siedziskami na sprężynach, jednak okazja sprawiła, że nie było takiej potrzeby.


1/4 salonu, czyli sypialnia
Urokiem niewielkich mieszkań jest łączenie funkcji sypialni z salonem, zwłaszcza jeśli drugi pokój odstępuje się dzieciom. Jednak nie tak łatwo jest połączyć te dwie ważne w naszym życiu funkcje. Kluczem do sukcesu jest znalezienie odpowiedniej kanapy / sofy. Poprzednio mieliśmy łóżko inne, niż to na zdjęciu.


Było wygodne do spania, ale bardzo niewygodne do siedzenia. Ponadto, gdy jedno z nas chciało się położyć, drugie musiało się zadowolić fotelem lub krzesłem. Tym sposobem wybór padł na narożnik. Jego rozmiar miał pozwolić nam obojgu swobodnie wypoczywać w pozycji leżącej oraz zwiększyć miejsce do siedzenia dla gości.
To co najtrudniejsze w wyborze narożnika to rozmiar i mechanizm funkcji spania. Wiele dostępnych na rynku narożników niestety nie powala powierzchnią spania. Zazwyczaj jest to szerokość 125-140cm. Kolejną, szalenie istotną rzeczą jest mechanizm rozkładania funkcji spania. Często jest to rozkładany użebrowany stelaż pokryty niezbyt grubym materacem (ok. 5-7cm). Z opinii wielu użytkowników wynika, że to rozwiązanie nie należy do wygodnych i po dłuższym czasie stelaż zaczyna skrzypieć. Jest ono traktowane raczej jako okazjonalne, gdy od czasu do czasu nocują u nas goście. Jednak, co w przypadku, gdy narożnik definitywnie musi spełniać funkcję naszego łóżka na co dzień? Poza tym istotna jest też ilość miejsca na przechowywanie pościeli. Pojemnik musi być na tyle duży, aby pomieścić 2 poduszki, kołdrę lub niekiedy nawet 2 kołdry.
Po długich poszukiwaniach, znaleźliśmy narożnik, który spełniał niemal wszystkie nasze założenia. Wybór padł na sofę rozkładaną z Ikei o nazwie Evertsberg (2,499zł). Z pewnością wielu z Was przywodzi na myśl poczciwego Ektorp'a Ikei;)


Co prawda, ten model występuje w 2 kolorach (beżowym i ciemnoszarym), ale z uwagi na obecność w domu dwóch kotów zdecydowaliśmy się na wersję ciemniejszą. Wydała się bardziej uniwersalna. Jak zapewne wielu z Was się domyśla mebel wymaga samodzielnego złożenia. Jednak już na tym etapie pojawia się wielka zaleta tego narożnika. Zazwyczaj kupując taki mebel musimy zdecydować, czy ma być "prawy", czy "lewy"? Niektórzy producenci mebli wychodzą na przeciw oczekiwań klientów i oferują możliwość zmontowania narożnika jako "prawy" lub "lewy". Podobnie przewidywalna okazała się Ikea i Evertsberg jest przystosowany do montażu leżanki z lewej lub z prawej strony. To wielka zaleta dla osób, które w dalszej perspektywie planują przeprowadzkę lub wynajmują mieszkanie.
Kolejną rzeczą jest duży pojemnik na pościel. Mieszczą się w nim 2 poduszki oraz w naszym przypadku 2 kołdry 160x200. Mechanizm podnoszenia leżanki, celem otwarcia pojemnika na pościel, działa niezwykle lekko i nie wymaga wysiłku. Kolejną zaletą jest mechanizm funkcji spania. W narożniku Eversberg zastosowano ten rodzaj mechanizmu, gdzie wysuwana część w całości jest chowana pod siedziskiem i podobnie jak ono, jest pokryta pianką.


Pozycja spania mogłaby być nieco większa, ale to i tak więcej niż w większości narożników, ponieważ 145x202cm. Kolejną zaletą tego typu narożnika jest możliwość organizowania wygodnych wieczorny seansów filmowych. Możemy wygodnie sobie usiąść i wyciągnąć nogi na rozłożonej funkcji spania, zajadając popcorn ;) Design sofy Evertsberg jest klasyczny i ponadczasowy. Z pewnością nie znudzi się tak szybko i nie przeminie jak narożniki w stylu nowoczesnym. Odnajdzie się w każdym wnętrzu. Jedyną wadą, jaką zauważyłam po pół roku użytkowania, jest lekkie zmechacenie się materiału na siedzisku, ale nie jest ono widoczne, a jedynie odczuwalne w dotyku.

Lampa też wielofunkcyjna
W niewielkich przestrzeniach idealnie sprawdzają się meble wielofunkcyjne. O ile dość łatwo uzyskać ten efekt wśród mebli, o tyle trudniej oczekiwać tego od innych elementów wyposażenia. Właśnie taki charakter ma lampa, w której po prostu się zakochałam. Zyskała ona szeroką liczbę fanów wśród naszych bliskich. Poszukiwałam oświetlenia z przeznaczeniem nad stół jadalny, bez konieczności wiercenia w suficie, czy ścianie. Lampa miała mieć możliwość regulacji wysokości nad blatem (zalecana wysokość lampy nad blatem stołu to odległość 60-80cm) oraz oferować możliwość postawienia jej w dowolnym miejscu, gdyby przyszłaby nam ochota na zmianę aranżacji.
Znalazłam używaną lampę na OLX w cenie 150zł (koszt nowej lampy tej jakości to wydatek rzędu min. 450zł). Zazwyczaj ten model stosowany jest w strefie wypoczynkowej w pobliżu sofy, jednak idealnie sprawdza się nad naszym stołem jadalnianym. Zapewnia swobodny dostęp wokół całego stołu.


Jej plastikowy, mleczny klosz fantastycznie rozprasza światło i jest bardzo łatwy do utrzymania w czystości. Wystarczy go przetrzeć wilgotną szmatką. Łuk można zwiększać, podobnie jak wysokość lampy. Jest to szczególnie ważne, gdy rozkładamy stół spodziewając się większej liczby gości. Całość wieńczy marmurowa stopa z włącznikiem nożnym.


Jeśli przyjdzie nam ochota na zmianę aranżacji, lampę można bez problemu przenieść w inne miejsce.

Plisy zamiast rolet
Mimo, że nasz salon wychodzi na południowy zachód, uwielbiam słońce, które w dużej ilości wypełnia pokój. Salon jest pomieszczeniem, w którym spędzamy zdecydowanie największą ilość czasu, dlatego zależy nam, abyśmy mogli jak najdłużej korzystać z naturalnego światła.
W ostatnich latach sporą popularność zyskały rolety dzień-noc. Posiadają liczną rzeszę fanów, jednak w mojej ocenie plisy dużo lepiej spełniają potrzeby naszej rodziny.
Typowe rolety chronią przed nadmiernym słońcem, jednak po zasunięciu, w dużej mierze lub całkowicie, zaciemniają pomieszczenie. Często zależy nam, żeby ograniczyć silne słońce tylko w określonym punkcie, np. wokół stołu. Zwykłe rolety spełnią tę rolę, ale dodatkowo zaciemnią nam połowę pokoju. 
Natomiast plisy można w dowolny sposób konfigurować, w zależności od potrzeby.



Plisy vs. Rolety dzień-noc
Zwolennicy rolet dzień-noc jako ich główną zaletę podają poczucie intymności: ograniczają widoczność z zewnątrz a jednocześnie przepuszczają naturalne światło. Zaobserwowałam jednak, że jeśli po zapadnięciu zmroku, rolety nie zostaną całkowicie zasłonięte, swobodnie można dostrzec z zewnątrz, co kryje się wewnątrz mieszkania. Nie mniej, rozumiem ich wielką popularność ze względu na praktyczne podejście do częściowego przepuszczania światła.

Natomiast plisy dają duże możliwości regulacji. Można je zasunąć na całe okno, od góry, od dołu a nawet tylko środkową część okna. Zasunięte od dołu pozwalają ograniczyć mocne słońce na stole pod oknem, a od góry pokój wypełnia naturalne światło i wciąż pozostaje w nim jasno. Gdy zapada zmrok zasuwamy je do połowy, od dołu. Wówczas chronią przed wścibskim wzrokiem a jednocześnie wpuszczają do pokoju ostatnie promienie słońca. 

Montaż
Ich montaż jest banalnie łatwy, więc sami możemy się podjąć tego zadania (w przypadku np. zakupu przez internet, celem obniżenia kosztów). Wystarczą nam jedynie wkrętarka, cienkie wiertło i wkrętak. 
W zestawie z plisami znajdowały się przymiary (2 rodzaje, w zależności od profilu okna), które w precyzyjny sposób pomagały ustawić mocowanie w odpowiednim miejscu (odpowiedniej odległości od szyby i profilu okna). Potem należało zaznaczyć wskazane miejsce i wywiercić w nim otwór cienkim wiertłem. Następnie przykręcało się mocowanie. Teraz pozostało tylko zaczepić drugi element (nie sposób źle go zamontować), wsunąć i już.



Poziom trudności oceniam na "łatwy". Zamontowanie plis na całym oknie balkonowym zajęło mi ok. 15-20 min.

Czyszczenie
Ich czyszczenie również jest proste. Wystarczy wypiąć plisę z czterech zaczepów/mocowań i wypłukać w kąpieli wodnej (30'C) z dodatkiem lekkiego detergentu (np.płynem do prania delikatnych tkanin). Można też namoczyć je w tej kąpieli na 15 min. a następnie bez wyjmowania z wody, kilkakrotnie złożyć i rozłożyć. Następnie spłukać wodą (np. przy użyciu prysznica). Po wypłukaniu należy je złożyć, aby wycisnąć z nich nadmiar wody. Po tych wszystkich zabiegach można ponownie zamontować plisę na oknie i pozostawić złożoną przez 12-24h, następnie od czasu do czasu rozkładając. Zaleca się pranie plis średnio co 2-3 lata. Do regularnego czyszczenia można użyć odkurzacza, miotełki albo ściereczki z mikrofibry.

Plisy mogą się sprawdzić w szczególności w mieszkaniach na parterze: chronią przed wścibskim wzrokiem przechodniów a od góry wpuszczają dużo naturalnego światła, natomiast ich wysokość można swobodnie regulować.
Jedyną wadą plis może pozostawać ich cena. Za plisę na nasze okno balkonowe wydałam ok. 730zł (bez montażu; w droższej firmie cieszącej się opinią o dobrej jakości przesłon). Wybrałam tkaninę z gr. I, czyli najtańszej, ale po prostu dlatego, że najbardziej mi się podobała. Z pewnością kupując plisy przez internet, przy samodzielnym zdjęciu wymiaru i montażu, można zakupić takie plisy dużo taniej.
W moim odczuciu, plisy są subtelniejsze niż rolety dzień-noc, które pomimo swojej atrakcyjności mogą stanowić wyraźny akcent, a przez to zdominować niewielkie wnętrze. Z pewnością wielu z Was będzie odmiennego zdania, ale liczę jedynie na rozważenie tej opcji, jaką są plisy.

Cotton balls - oświetlenie nastrojowe

Popularne cotton balls kupiłam na Alliexpress za 28zł (niski kurs USD). Zestaw liczy 20 kulek w kolorze ecru ze zwykłymi żarówkami (choinkowymi, nie LED) i jest zasilany z sieci , a nie z baterii (+ przejściówka na polską wtyczkę w zestawie). Zależało mi na tym, aby światło z cotton ballsów było ciepłe i dość intensywne oraz żebym nie musiała się martwić o regularną wymianę baterii.
Cotton balls przychodzą złożone, jak na zdjęciu poniżej.


Należy je wypchnąć i do tego celu idealnie nadaje się pałeczka od sushi. Nie należy się obawiać, że zrobimy w kulce dziurę, ponieważ splot jest bardzo gęsty i mocny.


Po wypchnięciu należy przymierzyć do otworu lampkę, a jeśli się nie mieści, delikatnie powiększyć otwór wykonując kilka małych nacięć.





Oświetlenie na pilota
Brzmi jak luksus, ale to tylko sprytne wykorzystanie dostępnych w tym celu narzędzi. Mam tu na myśli gniazda z pilotem sterowane radiowo. Dwa lata z rzędu w okresie przedświątecznym, zestaw dwóch gniazd z pilotem był dostępny w Biedronce w cenie 39zł. Niestety w tym roku ich nie widziałam, ale jeśli tylko się pojawią, zachęcam do zakupu. Można też kupić podobne zestawy w popularnych marketach budowlanych (ceny niektórych uległy zmianie na przestrzeni ostatniego roku):
- Leroy Merlin (3 szt./79zł)
- Leroy Merlin (IP44) (2 szt./81zł)
- Castorama (3 szt./70zł)
- Obi (3 szt./ 50zł) - najkorzystniejsza oferta cenowa
- Obi (IP44) (3 szt./64zł)
Należy przyjąć, że zasięg działania wynosi średnio do 30m, jednak przed zakupem warto to skonsultować z obsługą sklepu lub poszukać takiej informacji na opakowaniu. Gniazda można też z powodzeniem kupić przez internet.


W ten właśnie sposób mamy podłączone w domu oświetlenie na balkonie oraz lampkę nocną wraz z cotton balls. W okresie świąt Bożego Narodzenia podłączamy tak choinkę. Dzięki temu rozwiązaniu możemy włączyć lub wyłączyć urządzenia nie ruszając się z łóżka. Wystarczy do tego celu pilot załączony do zestawu. Jest to także doskonałe rozwiązanie dla osób, które obawiają się, że będą musiały zrezygnować z zakupu upatrzonej lampy tylko dlatego, że ma inaczej umiejscowiony włącznik. Możemy też sprytnie podpiąć do takiego gniazda przedłużacz, z wpiętymi do niego kilkoma urządzeniami. Dzięki temu, za jednym naciśnięciem przycisku, wyłączamy je wszystkie.

Okleina meblowa tylko do mebli? Otóż nie!

Po zakończonym remoncie salonu zostało mi sporo długich "odpadów"okleiny. Któregoś dnia wpadł mi głowy pomysł, który z założenia wydawał się absurdalny, ale szybko okazało się, że nie do końca. Po pozbyciu się koloru wenge z salonu, zapragnęłam tego samego w łazience i wc. Stanęłam więc przed wc z paskami okleiny w ręku i pomyślałam: "A może tak zakleić te dekory...?" Jak pomyślałam, tak zrobiłam. W kilka minut uwinęłam się z zamaskowywaniem dekorów i doszłam do wniosku, że wc wydało się teraz nieco większe i wnętrze "złagodniało". 



Potem poszło już górki. Okleina trafiła na szafkę w wc i na dekory w łazience. Zwieńczeniem dzieła było oklejenie szafki w łazience. Wymagała ona bowiem solidnej przeróbki. Płyta miejscami napuchła a szklane drzwiczki z biegiem lat się potłukły. Szukałam już nowej szafki, gdy z pomocą przyszła mi okleina, prowadnice szuflad i płyty meblowe jakie pozostały po rozbiórce szafki pod TV z salonu. Wszystko docięłam i skręciłam 2 szuflady. Uchwyty kupiłam w Ikei. Konieczny był tylko zakup nowych dwóch frontów szuflad, który zamknął się w kwocie 23zł (podpięłam się pod zamówienie kolegi). 



Minął rok i pomimo wilgoci osadzającej się na ścianach łazienki, okleina trzyma się tak samo świetnie, jak w dniu gdy ją przykleiłam. Można śmiało uznać, że takie rozwiązanie jest dobra alternatywą, dla malowania płytek w łazience, gdy znudzi nam się dotychczasowy kolor.