czwartek, 21 czerwca 2012

Lato, lato wszędzie...




Tak wiem, optymistka ze mnie :) To co się dzieje dzisiaj za oknem, wcale nie zwiastuje nadejścia lata. Jestem jednak dobrej myśli i z niecierpliwością czekam na kolejny upalny dzień. Przecież nie będzie bez przerwy padać i padać. Jak głosi stare porzekadło: 'Kiedy pada, dzieci się nudzą", więc nie marnowałam czasu i poczyniłam metamorfozę doniczki. Ten pomysł chodził za mną już od dawna. Przemierzając sklep ze starociami Caritasu, trafiłam na żółtą doniczkę, a dokładniej rzecz ujmując, drewnianą osłonkę. Już wtedy wiedziałam, że zmieni swój wygląd. Na jednym z boków dumnie widniał rysunek po-wielkanocnej kurki, ale dopóki kurka patrzyła na ścianę, nie było mi spieszno do przeróbek. Ponadto, można by powiedzieć, że nadgryzł ją ząb czasu, ale niestety był to ząb Valdemara:) Tak, czy inaczej, przyszedł wreszcie czas na zmianę. Może i dobrze, bo z całą pewnością przemalowałabym ją na biało, jak większość innych rzeczy. Chciałam jednak przełamać ten dominujący nurt bieli i ecru, więc tym razem pomyślałam o szarościach.



Musiałam jednak zacząć od tej bieli, więc pierwsze dwie warstwy farby akrylowej były białe. Na tak przygotowaną doniczkę mogłam wreszcie nanieść tekst.


Zdradzę Wam teraz mój patent. Jak przenieść dowolny tekst? Stosuję go zwłaszcza w przypadku rodzinnego albumu, ale ma on wiele praktycznych zastosowań. Do tego celu potrzebujemy: papier śniadaniowy, ołówek, kalkę i komputer. Wpisujemy tekst, wybieramy dla niego czcionkę i odpowiednią wielkość. Przykładamy papier śniadaniowy, szorstką stroną do monitora i delikatnie odrysowujemy tekst. Pewnie wielu informatyków chwyciło by się teraz za głowę, ale robiąc to bardzo delikatnie nie wyrządzimy naszemu monitorowi żadnej krzywdy.


Wprawdzie ten zabieg wymaga pewnej precyzji, ale po kilku próbach można dojść do wprawy. Następnie wystarczy odrysować tekst z papieru przez kalkę i gotowe. Ten sam patent zastosowałam także w przypadku doniczki, jednak tutaj z powodu zastosowania folii samoprzylepnej musiałam odrysować lustrzane odbicie, co w przypadku papieru śniadaniowego było bardzo łatwe. Wystarczyło poprawić długopisem żelowym kontury tekstu naniesione wcześniej przy pomocy ołówka i odwrócić papier.




 Przy okazji mogłam sprawdzić, czy wybrałam właściwy rozmiar czcionki przykładając papier do doniczki:)


Pozostało tylko wyciąć tekst i nanieść na doniczkę.
Voila! Gotowe.


Po naklejeniu tekstu zabezpieczyłam brzegi i boki kawałkiem wosku, przygotowując grunt pod "przecierkę".


Najtrudniejszy etap metamorfozy za nami. Teraz wystarczyło pomalować doniczkę farbą akrylową w kolorze szarym. 

Kolor dobrałam, poprzez wymieszanie farb: białej i czarnej. Warto pamiętać, że po wyschnięciu  kolor jest nieco ciemniejszy.




Po nałożeniu szarej farby, delikatnie podważając nożykiem do tapet, usunęłam folię samoprzylepną.

Tak wyglądała osłonka przed "przecierką",


a tak po:)



W nowej osłonce zagościła pelargonia angielska, w nawiązaniu do pogody za oknem :)




Starałam się nie przesadzić z tą przecierką. Jeśli któregoś dnia uznam, ze jest jej zbyt mało, po prostu chwycę drobny papier ścierny i przelecę tu i tam :)


W związku z nadejściem lata, w naszym Zielonym Azylu pojawiło się kilka nowości. Jedną z nich była wspomniana wyżej pelargonia angielska. Podobno można ją przechować przez zimę w domu, jako kwiat doniczkowy. Zobaczymy:)
Z uwagi na szlachetność, jakiej nabrało słowo "Tytoń" po udziale naszej reprezentacji w Euro 2012, wygospodarowałam miejsce na nowy okaz jakim jest TYTOŃ ozdobny. Wygląda całkiem okazale i podobno, w sprzyjających warunkach, lubi się rozrastać. Biorąc pod uwagę ciasnotę, jaką mu zafundowałam w donicy, z pewnością nie zechce się u mnie rozrosnąć, ale już teraz cieszy oko pięknymi kwiatami. Jest to roślina jednoroczna a więcej szczegółów na jej temat znajdziecie tutaj.



Kolejny okaz to Dzwonek Skupiony i jest rośliną wieloletnią. Kwitnie od czerwca do sierpnia.



Kolejna nowość to Nachyłek Lancetowaty. Podobno bezproblemowa roślina wieloletnia, kwitnąca silnie w pełnym słońcu i z łatwością się rozsiewająca. Kwitnie do sierpnia, ale jeśli usuwa się na bieżąco przekwitłe kwiaty może cieszyć oko nawet do września. Więcej o niej, znajduje się tutaj.



Coś jednak jest na rzeczy z tym latem, ponieważ świeżo zasadzona trawa dla kotów, rośnie w oczach. Zresztą sami zobaczcie :)

Wczoraj...




Dzisiaj :))



Na koniec pozdrawiam Was słonecznie, w nadziei na "lato wszędzie" :)

środa, 6 czerwca 2012

Tęczowy Tort i ciche przygotowania

Już niedługo nasz synek Krzysiu skończy swój pierwszy roczek życia, a ja po cichutku, kroczek po kroczku, poczyniam przygotowania do tego wielkiego dnia. Przez ostatni rok gromadziłam pomysły i wiedzę, na zorganizowanie niezapomnanego przyjęcia. Długo zastanawialiśmy się z mężem, czy urządzić urodzinki w lokalu, czy na wolnym powietrzu. Oczywiście wolelibyśmy to drugie, ale znając kaprysy pogodowe polskiego lipca, uznaliśmy, że najbezpieczniej będzie świętować w lokalu. Do tego celu zarezerwowaliśmy kameralną salkę, w zaprzyjaźnionej restauracji. No i zaczęło się! W głowie zaczęły roić się pomysły na tort, dekoracje, zaproszenia, zabawy. Wszystko zaczęło się od tortu, tak naprawdę. Rzadko zdarza mi się oglądać program Marthy Stewart, ale tak się szczęśliwie złożyło, że trafiłam na odcinek, w którym była mowa o tortach urodzinowych dla dzieci. Gwoździem programu okazał się Rainbow Cake, czyli w wolnym tłumaczeniu Tort Tęczowy. Po szybkim wpisaniu nazwy w wyszukiwarce, okazało się, że wspomniany tort doczekał się wielu realizacji na polskiej ziemi :) Byłam już pewna, że właśnie ten tort stanie na urodzinowym stole. Następnie przemknęło mi przez głowę kilka pomysłów na jego dekorację, więc starym zwyczajem, ponownie sięgnęłam do wyszukiwarki. Przecierałam oczy ze zdumienia na widok mnóstwa bajecznych tortów, będących w głównej mierze dziełem oddanych, a zarazem ambitnych, mam. Postanowiłam pójść w ich ślady :) Początkowo chciałam kupić gotową masę cukrową, ale znalazłam w internecie przepis, jak wykonać ją samodzielnie. Poza tym założyłam sobie, że nie będę nadszarpywać rodzinnego budżetu tylko po to, by zrealizować swoje "dziwne" pomysły. Postanowiłam, że możliwie jak najwięcej, postaram się wykonać własnymi siłami.

Zaproszenia
Tylko na zaproszenia się nie zdecydowałam. Owszem, miałam takie zapędy, ale wzory kartonów ozdobnych, których chciałam użyć, były nieosiągalne u jednego sprzedawcy. I tutaj odezwał się mój wąż w kieszeni, mówiąc, że jak zakupię pojedyncze arkusze w kilku miejscach, to najzwyczajniej w świecie przepłacę. Tymczasem na Allegro znalazłam śliczne zaproszenia, za niewygórowaną cenę. Wybrałam zatem wzór, wykonałam projekt treści, a resztą zajmą się profesjonaliści :) Póki co, uchylę Wam rąbka tajemnicy  i pokażę wzór wybranego zaproszenia ;)



Dekoracje
Lokal, w którym planowane jest przyjęcie jest naprawdę nieduży, ale całkowicie zaspokaja nasze potrzeby. Nie potrzeba zatem wielkich dekoracji. Z uwagi na obecność dwójki małych dzieci, poza naszym Krzysiem oczywiście, pomyślałam o dekoracjach, które nie tylko będą cieszyły oko, ale spełnią  także walory praktyczne. W tym przypadku doskonale sprawdzą się balony. Mamy już z nimi doświadczenie, więc wiemy, że dzieciaki za nimi przepadają. Żeby nie było zbyt monotonnie, balony posiadają wzory stosowne do okazji :) Gdy tylko otworzyłam przesyłkę z balonami, pospieszyłam pokazać je Krzysiowi. Dmuchanie balonu widział po raz pierwszy w życiu i jakie było moje radosne zaskoczenie, gdy na ten widok zaczął zanosić się od śmiechu, pokazując swoje 6 zębów! Już samo nabieranie powietrza, celem nadmuchania, wywoływało u Krzysia salwę śmiechu. Było po prostu super! Teraz byłam pewna, że balony to był strzał w dziesiątkę. Z innych dekoracji, chodzi mi po głowie girlanda na krzesełko do karmienia, na którym zasiądzie nasz szanowny jubilat. Myślałam nad zaczerpnięciem inspiracji ze scrapbooking'u lub quilling'u, ale jeszcze nie zdecydowałam.



Atrakcje
Pozostaje jeszcze kwestia zorganizowania czasu małym i dużym gościom przyjęcia. Dla maluchów wybrałam malowanie twarzy, a dla dorosłych nieśmiertelnego Twistera [pol. Wygibajtusa] , żeby poczuli się znowu jak dzieci. Zakupiłam zestaw kredek przeznaczonych do malowania twarzy oraz  planuję zakup używanego Twistera, żeby było po prostu taniej. Taki zakup to na pewno inwestycja w przyszłość. Na pewno jeszcze się przyda, na niejednej domowej imprezce.



Lemoniada
Niezwykle ważne, zwłaszcza latem, są napoje. Tym razem postanowiłam włożyć w nie trochę wysiłku i nie iść na łatwiznę serwując napoje z kartonów. Oglądając jeden z porannych odcinków "Dzień Dobry TVN", poznałam przepis na lemoniadę, która poza walorami zdrowotnymi i orzeźwiającymi, po prostu ładnie i smakowicie wygląda. Przepis wraz z filmem możecie zobaczyć tutaj. Od samego patrzenia, aż cieknie ślinka :)




Tort Tęczowy - odsłona pierwsza
Tak jak zapowiedziałam, przedstawię Wam efekt moich pierwszych wysiłków nad tortem urodzinowym dla naszego Krzysia. Ze względów ekonomicznych postanowiłam zrobić jego okrojoną wersję, czyli 50% wielkości docelowej.




Oglądając dzieła innych mam, które bajecznie udekorowały torty dla swoich pociech, postanowiłam popłynąć na fali euforii i wykonać samodzielnie masę cukrową, znaną również pod nazwą lukier plastyczny. Bez większych problemów, znalazłam w internecie przepis wraz z instrukcją jego obsługi, czyli jak gotową masą obłożyć tort. Gdy Krzysiu uciął sobie popołudniową drzemkę, pełna pozytywnego nastawienia mama zatonęła w kuchennych czeluściach. Musicie wiedzieć, że nie przepadam zbytnio za gotowaniem i pieczeniem. Gdybym mogła wybierać oddawałabym się innym przyjemnym czynnościom, ale wtedy domownicy najpewniej padli by z głodu:) Zatem, chcąc - nie chcąc, odwiedzam czasem kuchnię, jako najbardziej oddalony dla mnie punkt mieszkania. Kiedy już byłam w środku zabrałam się do pracy.
Jak już wcześniej wspomniałam, zaczęłam od masy cukrowej.

Przepis na masę cukrową:

Składniki:

- 70 ml gorącej wody
- 4 łyżeczki żelatyny
- 100g glukozy
- 800g cukru pudru
- aromat waniliowy lub cytrynowy (niekoniecznie)
- barwnik spożywczy (w zależności od potrzeby)


Przygotowanie:

1. Rozpuścić 4 łyżeczki żelatyny w 70 ml wrzącej wody.
2. Po rozprowadzeniu żelatyny dodać 100g glukozy i utrzeć na jednolitą masę
3. Pozostawić masę do wystygnięcia (choć u mnie była od razu gotowa do dalszej pracy, ponieważ metalowa miska, w której była masa, szybko schłodziła jej zawartość), ale nie dopuścić do jej stężenia.
4. Dodawać cukier puder pojedynczymi łyżkami (w przepisie podano, żeby dokładać małymi partiami, bo może się okazać, że nie zużyjemy całego cukru pudru - ja wykorzystałam chyba połowę z 800g)
5. Dodać 4-5 kropel aromatu waniliowego lub cytrynowego.
6. Wyrabiać masę do momentu uzyskania konsystencji plasteliny (gdyby okazała się zbyt sucha, można dodać odrobinę oleju słonecznikowego lub innego tłuszczu).
7. Dodać barwnik (najlepiej maleńkie ilości z czubka łyżeczki).
8. Aby obłożyć masą tort, należy ja rozwałkować do grubości ok. 0,5 cm (rozwałkowałam ciut bardziej, żeby tort nie był przesadnie słodki).
9. Nałożenie rozwałkowanej masy na tort polega na przełożeniu przez wałek i przeniesieniu nad tort (mam nadzieję, że w miarę jasno to brzmi, ale na wszelki wypadek zamieszczam zdjęcie:)



7. Zasada łączenia elementów dekoracji jest taka sama, jak w przypadku masy solnej. Wystarczy zwilżyć wodą miejsce łączenia. Jedyna różnica jest taka, że masa cukrowa potrzebuje nieco dłuższej chwili na związanie.

Moja masa cukrowa mimo wszystko była chyba ciut za sucha. Następnym razem będę musiała zwrócić na to szczególną uwagę. Najprawdopodobniej dlatego pofalowała się na bokach tortu. Ponadto na jakimś filmie widziałam, że pani zwilżyła tłuszczem stolnicę, zanim zaczęła rozwałkowywać masę. Poza tym podane proporcje ledwo wystarczyły na pokrycie 50%-wersji tortu, więc przy pracy nad wersja pełnowymiarową, trzeba zwiększyć proporcje o 100%!

Przygotowanie masy cukrowej zajęło mi ok. 1 godziny. Gotową masę, po zawinięciu w folię, można przechowywać w lodówce. Gdy będzie nam potrzebna, po prostu wyjmujemy ją z lodówki i po ugniataniu ciepłymi rękoma, znów stanie się plastyczna. Żeby przyspieszyć ten proces, większą porcję (białą) wrzuciłam na 5 sekund do mikrofali. Pomogło, ale przy małej porcji (niebieskiej), z masy zrobiła się rzadka plama:) Lepiej uważać z mikrofalą ;P




Kluczem do sukcesu w tym torcie jest barwnik spożywczy.
Czerpiąc z doświadczenia innych mam, sięgnęłam po barwnik w żelu firmy Wilton. Fakt, nie jest może najtańszy, ale nieziemsko skuteczny.
Jeden barwnik to na Allegro wydatek rzędu ok. 12zł (+koszty przesyłki).
Tort składa się z 6 kolorów. Kupując zaledwie 3 barwniki (czerwony, czyli Red Red; niebieski, czyli Royal Blue i żółty, czyli Lemon Yellow) można uzyskać 3 pozostałe.

Oto, z jakich kolorów składa się tort:
- fioletowy (niebieski+ czerwony)
- niebieski
- zielony (żółty + niebieski)
- żółty
- pomarańczowy (żółty + czerwony)
- czerwony.




Przepis na Tort Tęczowy

Składniki na ciasto:

226 g masła / margaryny
220 g cukru
5 białek
aromat waniliowy (kilka kropli)
375 g mąki pszennej tortowej
4 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki soli
355 g mleka

Składniki na krem:

1 litr śmietany kremówki 36%
250 g serka mascarpone
ok. 1/2 szkl cukru pudru
aromat cytrynowy lub waniliowy (kilka kropli)
 

Przygotowanie:

1. Wszystkie składniki powinny być w temperaturze pokojowej.
2. Do przesianej mąki dodać sól i proszek do pieczenia.
3. Masło utrzeć na gładką masę a następnie dodawać cukier i białka (jeśli używamy robota kuchennego, nie przerywajmy miksowania).
4. Do utartej masy dodawać naprzemiennie mąkę z solą i proszkiem do pieczenia oraz mleko.
5. Sposobem na podzielenie ciasta na 6 porcji jest jego wcześniejsze zważenie. Jeśli waga posiada funkcję tarowania, pójdzie nam o niebo szybciej.




Stawiamy miskę, tarujemy, wlewamy ciasto a wynik dzielimy przez 6. Wyliczoną ilość wlewamy do każdej z 6 miseczek.




6. Teraz przyszedł czas na najprzyjemniejszą czynność, a mianowicie dodawanie barwnika. Pamiętajcie, że po upieczeniu ciasto ma intensywniejszy kolor niż surowe! Dlatego nie przejmujcie się, że kolory w miseczkach są dość blade. Do pełnowymiarowej wersji tortu dodajemy barwnik wielkością przypominający ziarnko grochu. Mieszamy i wychodzą nam fantastyczne barwy.




Ponieważ nie posiadałam małych foremek mogących pomieścić moje 50% tortu, byłam zmuszona improwizować. Za pomocą papieru do pieczenia i zszywacza, "uszyłam" foremki.




7. Ważne jest, aby Wasze foremki były wyłożone papierem do pieczenia. Jedna z mam zasugerowała, żeby użyć formy o średnicy 20 cm, jeśli chcemy, aby ciasto było grubsze. Jeśli nie zależy nam na tym aż tak bardzo wystarczy zwykła forma o średnicy 23 cm.

8. Wstawiamy foremki z ciastem do rozgrzanego piekarnika, ustawionego na 190'C, na ok. 20 min. Nie zaszkodzi sprawdzić patyczkiem, czy ciasto się upiekło.

W tzw. "międzyczasie" ulepiłam dekorację. Wiem, wiem, może mało wyszukana, ale miałam mało czasu i to było jedyne co przyszło mi do głowy.




Kolorowe warstwy, gotowe. Początkowo wydawały się dość suche, ale po przełożeniu kremem, zyskały właściwą miękkość.



Świeżo wyjęte ciasto, już robi wrażenie, a co dopiero z kremem ;)








9. Czas na przygotowanie kremu. Śmietanę ubić na sztywno, a pod koniec ubijania dodać aromat i cukier puder i jeszcze chwilę ubijać. Na koniec wymieszać z serkiem mascarpone.

Krem do przełożenia robi się dość szybko. Po chwili jest gotowy do użycia. Przyznam szczerze, że przepis bardzo trafnie podaje proporcje poszczególnych skladników. Dzięki temu   możemy być pewni, że nie zabraknie nam kremu. Jeśli decydujemy się na zastosowanie masy cukrowej, lepiej nie smarujmy wierzchu tortu zbyt grubo. Czytałam, że masa po nasiąknięciu kremem potrafi się nieestatycznie "marszczyć". 




Tadaammm! Tort gotowy! 
Nie jest to może majjstersztyk cukierniczej roboty, ale starałam się jak mogłam, dysponując niewielka ilością czasu ;)




Gdy zakończymy pracę nad tortem, należy go włożyć do lodówki na przynajmniej 3 godziny.






Tort został skonsumowany i przyjęty z entuzjazmem przez rodzinkę. Zatem z powodzeniem, jego pełnowymiarowa postać, może stanąć na urodzinowym stole ;)





S M A C Z N E G O !

Znów, zielono mi...

Zielony Azyl eksplodował kolorami! Uwielbiam ten stan. Choć w tym roku, jakby mniej czasu na wszystko, to jednak chwile odpoczynku spędzone w Azylu są przyjemnością, której nie mogłabym sobie odmówić. Kwiaty na dobre zagościły na parapetach. Choć bratki straciły już trochę na urodzie, to w ich miejsce zawitały nowe okazy. Wśród nich: nasturcja, niecierpek, bacopa, werbena, dalia, szałwia oraz dwa inne, których nazw nie pamiętam. Również bukszpan odmłodniał dzięki mojej mamie, którą z tego miejsca, gorąco pozdrawiam. 
Kocham Cię, mamusiu!
Nie pozostaje mi nic innego jak pokazać Wam te kolorowe cuda ;)