piątek, 13 lutego 2015

Odkrycia małe i duże

Bywają rzeczy, o których istnieniu dotąd nie wiedzieliśmy, a ich poznanie okazuje się dla nas wielkim odkryciem. W dzisiejszym poście postanowiłam zgromadzić wszystkie te rzeczy, które w ostatnich latach mnie zaskoczyły, sprawiły, że ułatwiliśmy sobie życie lub po prostu ktoś nam je polecił. Wszystko zostało przez nas przetestowane i najbardziej spektakularnymi odkryciami zapragnęłam się z Wami podzielić.




Okulary przeciwsłoneczne dla dzieci

Chcąc zapewnić naszemu Krzysiowi jak najlepszą ochronę przed słońcem, sięgnęłam po okulary przeciwsłoneczne. Lekarze grzmią, że wybór właściwych okularów jest niezmiernie ważny w przypadku dziecka, dlatego przy zakupie należy zwracać baczną uwagę na filtry UV. Szukając okularów dla siebie (do samochodu, z polaryzacją i filtrami) natknęłam się na okulary przeciwsłoneczne dla dzieci oferowane przez sklepy Decathlon. 



W ofercie znajdowało się kilka modeli, skierowanych do określonych grup wiekowych. Wśród nich znalazłam model Orao Scratchy dedykowany dzieciom w wieku 3-6 lat, w cenie 50zł. 
Oto krótka charakterystyka:
- ochrona UVA/UVB 400
- kat.4 (!)
- elastyczna oprawka, pozwalająca na swobodne rozchylanie zauszników (dzieci lubią chwytać zauszniki pełną rączką  i nadmiernie je rozszerzać)
- regulowana gumka pozwalająca nosić zdjęte okulary na szyi (trudniej je zgubić, zwłaszcza podczas wycieczek rowerowych)



- istnieje możliwość zdjęcia gumki (przydatne zwłaszcza przy pierwszych przymiarkach)



- cena: 49,99zł
- szeroki wybór kolorów: biało-różowe, biało-fioletowe, jasnoróżowo-różowebłękitne (40zł), niebiesko-zielone.

Okulary bardzo przypadły do gustu naszemu Krzysiowi i zakłada je przy każdej nadającej się okazji (także podczas słonecznych poranków w drodze do przedszkola oraz podczas jazdy rowerem). 


Jesteśmy spokojni, że nasz syn ma zapewnioną prawdziwą ochronę oczu. Oczywiście mogliśmy kupić Krzysiowi inne okulary, w których wyglądałby bombowo...



... lub takie takie, które zapewniają Krzysiowi realną ochronę.




Okulary przeciwsłoneczne z polaryzacją dla kierowców

Skoro już jesteśmy przy temacie okularów, pomyślałam, że warto wspomnieć o jeszcze jednym odkryciu, jakiego dokonałam w Decathlonie. W związku z totalnym wyeksploatowaniem moich 5-letnich okularów Solano z polaryzacją rozpoczęłam poszukiwania nowego modelu, który choć trochę byłby bardziej odporny na zarysowania szkieł. Przyjęłam kilka kryteriów wyboru:
- warunek bezwzględny: polaryzacja
- naturalny kolor szkieł (szary lub brązowy)
- kat.3 (kat. 4 jest niedozwolona podczas prowadzenia samochodu)
- odporność na zarysowania.
W Decathlonie odkryłam model, który posiadał wszystkie te cechy, a nawet więcej i nosił nazwę Orao Navagio Polarized



Cena 80zł okazała się znacznie przystępniejsza niż w przypadku Solano, co ostatecznie przekonało mnie do zakupu (stwierdziłam: za takie pieniądze, mogę spróbować). Jak sami możecie się przekonać po kliknięciu na link, okulary przeznaczone są do uprawiania sportów wodnych. Biorąc pod uwagę stan naszych dróg i kulturę niektórych kierowców, jazdę samochodem też można uznać za sport równie ekstremalny :) Okulary są lekkie, choć jakość plastiku nie powala na kolana.




Podobno unoszą się na wodzie, co chroni je przed utonięciem. Nie miałam potrzeby tego sprawdzać, ale czytałam opinie w internecie, że nie jest to zgodne z prawdą. Ponadto mają ciekawy, marynistyczny design odpowiadający bieżącym trendom. 




Poza polaryzacją, której rewelacyjnego działania nie muszę chyba przedstawiać (a jeśli muszę, to chodzi po prostu o to, że szkła polaryzacyjne redukują odbicia na drodze i w szybie samochodu, np. odbijająca się w szybie deska rozdzielcza, słońce odbijające się od asfaltu, co poprawia komfort widzenia i nie męczy wzroku), okulary Navagio posiadają pewną fantastyczną cechę przypisaną szkłom. Pamiętacie reklamy z lat 90', w których zachwalano okulary dla kierowców w żółtej barwie? Mówiono wówczas, że wyostrzają widzenie i sprawdzają się nawet w nocy. Nie wierzyłam w te banialuki dopóki nie założyłam po raz pierwszy okularów Navagio. To co w nich zobaczyłam przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Same szkła mają brązowe wybarwienie z lekko lustrzanym efektem. 




Jednak nie to jest ważne, a fakt, że rewelacyjnie wyostrzają wszystkie szczegóły na drodze. Zieleń staje się bardziej zielona, a ludzie i samochody jakby wyraźniejsi. 





Początkowo myślałam, że okupię to zmęczeniem wzroku po dłuższej trasie, a tu nic! Świetnie sprawdzają się zarówno latem-w ostrym słońcu, jak i zimą, gdy słońce odbija się od zaśnieżonych dróg. 










To wszystko za 80zł. Było warto, więc na wszelki wypadek dostałam w prezencie od rodziców drugą parę:) Dostępna jest też wersja Navagio bez polaryzacji w kolorze czarnym za 65zł. 


Organizer do samochodu dla dzieci - zrób go sam

Przygotowując się do podróży, staramy się zapewnić naszym pociechom możliwie najbardziej komfortowe warunki. Przy okazji próbujemy zorganizować się w taki sposób, aby mieć pod ręką wszystko, co może się okazać przydatne w drodze. Każdy, kto podróżował z małym dzieckiem wie, że można spodziewać się najróżniejszych sytuacji: począwszy od wylanego soku, przez atak nudy, po problemy ze znalezieniem ulubionej zabawki. Wychodząc na przeciw tym wszystkim ewentualnym problemom podczas podróży, zaczęłam szukać odpowiedniego organizera na fotel do samochodu. Niestety, często nie odpowiadał mi układ kieszonek, ponieważ najczęściej było ich za dużo lub ich rozkład wydawał się 
nieergonomiczny. Postawiłam sobie zasadnicze pytanie: Jakie niezbędne elementy mają się znaleźć w takim organizerze? Po pierwsze: chusteczki higieniczne. Uznałam to za podstawową rzecz, bez której nie wyobrażam sobie podróży samochodem. Co więcej, musiały się znajdować w możliwie najlepszym miejscu, do którego miałby dostęp zarówno Krzysiu, jak i my - z przednich foteli. Nie mogąc znaleźć odpowiedniego organizera, pomyślałam sobie: dlaczego nie zrobić go samemu?



Podstawą do uszycia własnego organizera był odpowiedni materiał. Przyszedł mi na myśl poliester (podobny do tego, z którego szyje się plecaki i torby). To właśnie ten materiał uważam za odkrycie minionego roku. Wydawał się odpowiednio mocny. Okazało się, że Allegro jest spory wybór wzorów i kolorów, a ponadto udało mi się zakupić tkaninę, dodatkowo zaimpregnowaną  z jednej strony. Skorzystałam z oferty Sprzedawcy posługującego się nickiem pwtompol. Zakupiłam tkaninę poliestrową w 3 wzorach (12,99zł/wymiar 1mb x 1,6m szer.).




 Za bazę posłużyła mi stara i zużyta folia ochronna na fotel samochodowy. 




Odrysowałam mydełkiem kształt na tkaninie poliestrowej. 



Następnie wykorzystałam lamówkę ze starego organizera. 





Przyszedł zatem czas na zaprojektowanie kieszonek.
Podstawowym elementem był jednak chustecznik. Zgodnie z wcześniejszymi założeniami znalazł się w lewym górnym rogu (Krzysiu siedzi przy tylnych, prawych drzwiach). Tuż obok znalazła się kieszonka na drobne auta, które Krzysiu zabiera ze sobą do przedszkola, a dalej kieszonka na napój lub okulary przeciwsłoneczne. 



Najwięcej czasu pochłonęło jednak uszycie chustecznika. Za wzór posłużyło mi pudełko chusteczek z Biedronki. Z uwagi na ograniczoną ilość miejsca w samochodzie, wysokość oryginalnego pudełka była zbyt duża. Przerobiłam więc pudełko, skracając wysokość o połowę i owinęłam taśmą, aby się nie rozpadło. Usunęłam częściowo dno kartonika, aby w przyszłości móc uzupełniać chustecznik nowym zapasem.





Następnie przymierzyłam do niego kawałek tkaniny poliestrowej i szpilkami zaznaczyłam krawędzie, aby dopasować materiał do pudełka. 





Tak powstał zarys wykroju, który obszyłam. Następnie wyrysowałam otwór na chusteczki i obszyłam bawełnianą lamówka do skosów. 




Założenie było takie, aby pudełko można było wyjąć w celu załadowania, dlatego "obszycie" musiało zapewniać dostęp do pudełka w razie potrzeby. Zastosowałam wiec rzepy jako rodzaj tymczasowego zamknięcia etui.






Pierwotna wersja zakładała dodatkowe kieszonki w środkowym pasie, jednak szybko okazało się, że na tej wysokości nóżki Krzysia często spotykają się z fotelem, więc konieczne było zabezpieczenie tego odcinka przed zabrudzeniem. Do tego celu ponownie posłużył mi stary organizer. Wycięłam z niego, najlepiej wyglądający fragment folii i przyszyłam.
Potem doszły kolejne kieszonki, które zgodnie z projektem miały konkretne przeznaczenie. Znalazło się też miejsce na butelkę. Materiał odmierzyłam, owijając w niego puszkę po piwie, a innym razem butelkę po coli z Biedronki - mniej więcej odpowiadały wymiarom butelek z napojami dla dzieci i były pozbawione wszelkich wytłoczeń, dzięki czemu łatwiej było przyciąć materiał. 




Złapałam brzegi w taki sposób, w jaki pakuje się prezent i zszyłam w miejscu gdzie trzymałam.



Następnie przycięłam nadmiar tkaniny i podwinęłam pod spód. Przyszyłam do organizera.






Bezpieczeństwo dzieci w samochodzie: Gdzie umiejscowić fotelik?

Kiedy jesteśmy już przy temacie rodzinnych podróży samochodem, chciałam poruszyć pewną kwestię, nad którą zastanawia się wielu rodziców: Czy dziecko może podróżować w foteliku na przednim siedzeniu obok kierowcy? Z pewnością ta forma podróży daje rodzicom komfort swobodnego kontrolowania tego, co dzieje się z pociechą w trakcie jazdy samochodem. 

Co na to przepisy?

Oczywiście prawo drogowe dopuszcza taką możliwość, z wykluczeniem sytuacji, gdy dziecko podróżuje w foteliku tyłem do kierunku jazdy (nosidełko) przy aktywowanej poduszce powietrznej pasażera. Takie przewożenie dzieci jest zabronione! Aby było to możliwe należy dezaktywować airbag pasażera, a jeśli auto nie posiada takiej opcji, dziecko musi być wówczas przewożone na tylnym siedzeniu pojazdu. Prawo prawem, jednak nadal pozostaje pytanie, czy jest to bezpieczne? Sama nie znałam odpowiedzi na to pytanie, więc zaczęłam jej szukać.

Dziecko siedzi z tyłu!

Długo szukałam informacji na ten temat aż trafiłam na pewien artykuł, który polecam wszystkim rodzicom podróżującym z dziećmi samochodem.Trafnie odpowiedział na zadane pytanie, rozszerzając odpowiedź o przykłady, które przemawiają mocno do wyobraźni. Wynika z niego, że niezależnie od wieku i wagi, dziecko zawsze powinno siedzieć na środkowym miejscu tylnej kanapy, a mama lub inny opiekun (jeśli nie jest kierowcą) zawsze powinna siedzieć na przednim siedzeniu pasażera. Drugim najbezpieczniejszym miejscem dla dziecka, jest to - za przednim siedzeniem pasażera. 

Podstawowe argumenty to:

- w razie zderzeń bocznych, dziecko umiejscowione na środku tylnej kanapy ma największe szanse na ochronę zdrowia i życia,

- jeśli dziecko siedzi za przednim fotelem pasażera, kierowca ma możliwość np. szybkiego rozpięcia dziecka z pasów, bez konieczności wysiadania i otwierania drzwi od strony ruchliwej jezdni,


- jeśli dziecko siedzi za pasażerem, kierowca ma też szybszą możliwość reakcji, odwracając głowę przez prawe ramię (w przypadku umiejscowienia fotelika za kierowcą byłoby to niemożliwe, a wiele statystyk wskazuje, że to miejsce jest najniebezpieczniejsze dla dziecka), ponadto znacząco odwróciłoby to uwagę kierowcy od kierowania pojazdu.


- umiejscowienie np. 3-latka na przednim siedzeniu z aktywowaną poduszką, może spowodować, że w trakcie zderzenia wybuchający airbag może połamać dziecku nogi lub może ono doznać innych poważnych obrażeń nóg.


Mama siedzi z przodu!

Mama jest jedną z najważniejszych osób w życiu dziecka i ochrona jej zdrowia i życia jest równie ważna, dlatego wspomniany wcześniej artykuł nosi tytuł : "Mama siedzi z przodu". Oto kilka argumentów przemawiających za tym rozwiązaniem:

- przednie siedzenie pasażera zwiększa jego bezpieczeństwo (prawidłowo wyprofilowany fotel, poduszka pasażera, kurtyny boczne, kształt zagłówków, lepiej dopasowane pasy bezpieczeństwa). Ponadto pasy bezpieczeństwa przednich foteli są projektowane pod osoby dorosłe i niekoniecznie mogą być równie skuteczne w przypadku dzieci,


- mama (lub inny opiekun) jadąca z tyłu z dzieckiem, w razie wypadku, może stanowić dodatkowe zagrożenie dla dziecka. Siły działające podczas wypadku na ciało ludzkie mogą sprawdzić, że bezwładną ręką możemy nawet zabić dziecko uderzając je w głowę, lub gdy mamy niezapięte pasy (zgroza!) możemy swoim ciałem przygnieść dziecko, które w najlepszym razie odniesie poważne obrażenia. 


Co, jeśli nie mamy wyjścia i dziecko musi jechać z przodu?

Jeżeli jednak nie mamy możliwości posadzenia dziecka na tylnej kanapie (np. auta z kratką lub przewozimy większą ilość dzieci) jest kilka zasad, które mogą zwiększyć jego bezpieczeństwo:

- odsuńmy przedni fotel pasażera jak najdalej od deski rozdzielczej, ale nie dalej niż za słupek boczny


- jeśli przewozimy kilkoro dzieci, posadźmy najstarsze dziecko z przodu.


Mówi o tym także inny artykuł, do którego odsyłam.


Po przeczytaniu tych dwóch artykułów miałam okazję porozmawiać ze znajomymi posiadającymi małe dzieci. Te rozmowy uświadomiły mi, jak mało wiemy o bezpiecznym przewożeniu naszych pociech w samochodach. Niewielu z rodziców, z którymi rozmawiałam wiedziało o konieczności przewożenia dzieci na tylnej kanapie (zwłaszcza na środkowej części) oraz o potrzebie podróżowania mamy na przednim fotelu pasażera. Jeśli możecie podzielcie się tymi informacjami z Waszymi znajomymi, ponieważ jedna rozmowa przy kawie, czy rozmowa w pracy może uratować zdrowie bądź życie niejednego dziecka.



Łóżko dla dziecka z niespodzianką

Małe pokoje w blokach z wielkiej płyty pamiętające czasy PRL-­u, często bywają naprawdę małe i nieobstawne. Musieliśmy zmierzyć się z tym problemem wraz z podjęciem decyzji o zakupie łóżka dla naszego Krzysia. Okazją do tego były przedostatnie święta Bożego Narodzenia. Przeprowadziłam wśród znajomych mały rekonesans. Zapytałam, kto z nich marzył w dzieciństwie o łóżku piętrowym. Okazało się, że ponad 90% odpowiedzi wskazywało, na często niespełnione marzenia o takim właśnie łóżku. Idea łóżka piętrowego wzięła się ze sposobu zagospodarowania małej przestrzeni. Wiadomo, że wspomniane łóżko zwiększa ilość "powierzchni użytkowej" pokoju poprzez możliwość wykorzystania miejsca znajdującego się bezpośrednio pod łóżkiem. No tak, ale pewnie zadajecie sobie teraz pytanie: "Łóżko piętrowe dla (wtedy jeszcze) 2,5­latka?!" No właśnie.
Znalazłam idealne dla nas rozwiązanie, a mianowicie łóżko z Ikei, model KURA. Wspomniane łóżko z powodzeniem można uznać za wielofunkcyjne. W początkowej fazie przeznaczone jest dla mniejszych dzieci, dlatego materac jest umiejscowiony na dolnym poziomie (drabinka przylega wówczas do ściany, jeśli łóżeczko stoi właśnie przy ścianie). Następnie łóżko odwraca się do góry nogami i tym samym staje się łóżkiem piętrowym (zalecany przez producenta wiek dziecka: 6 lat), a drabinka umożliwia wejście na górę. Materac przekłada się wówczas na górny poziom, a przestrzeń na dole można wykorzystać w dowolny sposób (rodzice często kładą materac dla drugiego dziecka lub przygotowują dziecięcy kącik). Cena katalogowa łóżka wynosi 499zł. 



Obecnie, oferowany przez Ikeę kolor łóżeczka to biało-­zielony. Poprzednia wersja była biało-niebieska. Właśnie poprzedni model udało nam się kupić. Nasz egzemplarz został złożony przez poprzednich właścicieli (wymaga samodzielnego montażu) i od razu rozłożony, bowiem jego wymiar okazał się nieodpowiedni. Zatem kupiliśmy praktycznie nowe łóżeczko za 250zł z przesyłką. Jednak największy koszt tego łóżeczka stanowi kupno materaca (90x200). W zależności od możliwości finansowych rodziców materac może kosztować od 200zł do 1,500zł. Dodatkowym atutem łóżeczka jest możliwość zamontowania baldachimu. W zależności od wersji można zakupić baldachim w kolorze granatowym z białymi gwiazdkami (wersja starsza, obecnie niedostępna w IKEI, możliwość zakupu jedynie na rynku wtórnym) oraz w kolorze zielonym z białymi gwiazdkami (wersja nowsza, dostępna w IKEI w cenie 49zł).


Źródło: www.ikea.com
Baldachim można zamontować, zarówno na górnym, jak i na dolnym poziomie, ale najlepiej wygląda na górnym. Ponadto montaż na górnym poziomie tworzy swego rodzaju "azyl" dla dziecka. Montując łóżeczko, zrezygnowaliśmy z montażu wspomnianego baldachimu oraz jednej z poprzeczek, aby ułatwić wchodzenie (konstrukcja jest bardzo sztywna). Kiedy Krzysiu będzie miał 6 lat, odwrócimy łóżeczko na piętrowe, co samo w sobie będzie już sporą niespodzianką, a zwieńczeniem tej metamorfozy będzie założenie baldachimu. Tym sposobem stare łóżeczko stanie się nowym! Dodatkowo można zamontować "bezpieczną" lampkę z Ikei, model Skojig. Określenie "bezpieczna" odnosi się do specjalnej konstrukcji (klosza), która uniemożliwia dziecku dotknięcie rozgrzanej żarówki. Ponadto daje miękkie, rozproszone światło, które świetnie może się sprawdzić pod baldachimem, jako lampka nocna. Koszt lampki to 59,99zł.
Łóżeczko daje wiele możliwości aranżacji. Na przykład rok temu zawiesiłam lampki choinkowe na długich poprzeczkach. Dzięki temu udało się stworzyć w pokoju Krzysia niepowtarzalny klimat.




Rozciągając na drewnianym stelażu łóżka sznurek możemy stworzyć wystawę prac artystycznych naszej pociechy. 






KURA doczekało się także wielu modyfikacji, których efekty można znaleźć w internecie: 


łóżeczka księżniczki (krok po kroku)

wóz strażacki
białe-białe dla dziewczynki
- z dołożoną półką na książki
2 piętrowe łóżka złączone ze sobą
z dorobionym wejściem na piętro i dodanymi szufladami
dla białej damy
łóżko a'la domek
dla szykownej dziewczynki
- łóżko szaro-białe
z zabudową i dorobioną zjeżdżalnią
- łóżko-różowy zamek
- łóżko a'la zamek dla małego rycerza
łóżko a'la domek na drzewie
łóżko z kojcem dla psa na parterze :)
- łóżko z tablicą do rysowania
2 "kury" po sąsiedzku

W naszym łóżeczku zastosowaliśmy drobną modyfikację w postaci poduszek mających stanowić oparcie i izolację termiczną od chłodnej ściany. Trzy poduszki kupione na Allegro, zawieszone na sznurkach.





Założyliśmy także dwie barierki ochronne, których zadaniem jest zabezpieczenie dziecka, przed spadnięciem z łóżka. Barierki są dostępne w różnych rozmiarach. Wybraliśmy 160cm (150zł) oraz 90cm (Bebedue-100zł). 






Obie posiadają możliwość składania (otwierania), aby ułatwić dziecku wyjście z łóżka (zrezygnowaliśmy z tej funkcji, ponieważ barierka była wyższa niż postawa łóżka i po otwarciu zabierała przestrzeń podłogi, poza tym kupując materac tak bardzo skupiliśmy się na dobraniu optymalnego modelu, że zapomnieliśmy o jego max. grubości zalecanej przez producent łóżka - ponad 20cm zamiast 15cm- skutkiem tego musieliśmy dokonać małej przeróbki w obrębie stelaża). 




Po przełożeniu łóżeczka na piętrowe planuję założyć lampki pod stelażem, aby rozświetlały "parter" i stworzyły tam nastrojowy kącik, a przy okazji dawały równo rozproszone światło (jak na załączonych poniżej zdjęciach)



Źródło: www.grosgrainfabulous.blogspot.com.es
Źródlo: www.var-dags-rum.se/2011_06_01_archive

FRYTKOWNICA na 1 łyżkę oleju!
Chyba zdecydowana większość z nas, w tym dzieci, uwielbia frytki. Chociaż wiemy, że są niezdrowe, to jednak pozwalamy sobie zgrzeszyć od czasu do czasu. Jakieś 3 lata temu, w jednym z programów śniadaniowych prezentowano "gadżety" do kuchni wśród których była frytkownica Philips. Jej innowacyjność polegała na smażeniu, tzw."zdrowych" frytek



Od razu dodam, że pojęcie "zdrowe" jest pojęciem względnym, ponieważ napisano całe mnóstwo artykułów na temat akryloamidu, który wytrąca się w potrawach pod wpływem długotrwałej obróbki termicznej (zgodnie z tą teorią, również przypieczona skórka chleba może być dla nas niezdrowa i rakotwórcza). Jednak nie trzeba być biegłym w sprawach naukowych, aby wiedzieć, że smażenie na głębokim oleju jest ciężkostrawne i niezdrowe, zwłaszcza dla dzieci. I tutaj na przeciw naszym potrzebom wyszli dwaj producenci: Philips i Tefal. Stworzyli frytkownice, w których całą porcję frytek, można przygotować tylko na 1 łyżce oleju! Jak to działa? Mówiąc najkrócej, jest to smażenie przy użyciu gorącego powietrza. Co więcej, załączona do frytkownicy książka z przepisami pokazuje jak wiele innych potraw można w niej przyrządzić (kurczak, babeczki). Długo zastanawialiśmy się, którą frytkownicę wybrać. Postaram się Wam nakreślić (dość subiektywnie) różnice:


Tefal Actifry


Podstawową zaletą tej frytkownicy jest przezroczysta szybka, która pozwala kontrolować poziom "spieczenia". 

Źródło: www.ebay.co.uk
Okazuje się jednak, że jest to jeden z najsłabszych punktów tego urządzenia. Dopiero na amerykańskich forach udało mi się znaleźć mnóstwo informacji na temat najczęściej spotykanej wady: pękającej pokrywy. Wiele osób pisało, że pomimo otrzymania nowego urządzenia w ramach gwarancji dochodziło do ponownego pęknięcia obudowy, w tym samym miejscu. Chyba było coś na rzeczy, ponieważ w nowym modelu tej frytkownicy (Actifry Plus) pokrywa wygląda już inaczej. 


Źródlo: www. tefal.dk
Ponadto w starszym modelu, pokrywa nie otwiera się na tyle szeroko, aby zapewnić nieograniczony dostęp do zawartości "kosza". Zakładam jednak, że użytkownikom w ogóle to nie przeszkadza i jest to jedynie kwestią przyzwyczajenia.


Źródło: www.amazon.de
Urządzenie Tefala ma jednak jedną zasadniczą zaletę: dużą pojemność kosza. Ponadto, wewnątrz znajduje się mieszadło, którego zadaniem jest przemieszanie zawartości, celem równomiernego usmażenia. Podobnie, jak w przypadku pokrywy,  również i tutaj spotkałam wiele negatywnych opinii na temat wspomnianego "mieszadła". Otóż wiele osób skarżyło się, że element ten pęka lub blokuje się, gdy między łopatkę mieszadła a ściankę dostanie się frytka. Są jednak i zalety: kosz posiada przegródki (być może opcjonalnie), dzięki którym można smażyć kilka rodzajów potraw w tym samym czasie. Ponadto producent załącza łyżkę ­ miarkę, za pomocą której można zaaplikować olej bezpośrednio do kosza. Kształt urządzenia sprawia, że zajmuje ono sporo miejsca. Frytkownica jest dość płaska i rozłożysta. Elementy frytkownicy można myć w zmywarce. 
Actifry doczekał się kolejnych edycji tego modelu, z którymi (przyznaję) nie jestem na bieżąco, jak np. TEFAL FZ3010 Actifry Essential. 
Źródło: www.mediaexpert.pl

Philips Airfryer


W odróżnieniu od urządzenia Tefala, frytkownica nie posiada przezroczystej pokrywy, zatem trudniej jest kontrolować poziom wysmażenia. Aby to sprawdzić, należy otworzyć (nie ma konieczności wyłączania urządzenia, jest to dość bezpieczne) i wysunąć kosz. 




Ponadto urządzenie nie posiada mieszadła, więc konieczne jest aby zawartość mieszać za pomocą łyżki. Przygotowując frytki, należy pokryć je olejem w osobnej misie, a dopiero potem umieścić ręcznie lub za pomocą łyżki w koszu frytkownicy (chodzi o oto, aby nadmiar oleju pozostał w osobnym naczyniu). Kosz nie posiada przegródek, które pozwoliłyby na przyrządzenie kilku rodzajów potraw w jednym czasie (chociaż widziałam wkładki, które można zakupić dodatkowo, głównie na ebay'u). 



To tyle jeśli chodzi o wady, teraz zalety. Przede wszystkim frytkownica wygląda bardzo estetycznie a wręcz minimalistycznie. Odwiedzający nas goście, często mylą ją z ekspresem do kawy :) Grafikę ograniczono do niezbędnego minimum, a całość stanowi jednokolorową bryłę. Wyświetlacz pokazuje tylko to co niezbędne: regulację temperatury, regulację czasu, on/off, start/pauza, skrót do ulubionych ustawień. 



Kosz wysuwa się z łatwością i z podobną łatwością wyjmuje się go do mycia w zmywarce (podobnie misę pod koszem w którym gromadzą się okruszki oraz nadmiar oleju oraz).










Przewód zasilający można z łatwością ukryć w obudowie. 




Urządzenie jest wyższe od tego, oferowanego przez Tefala. Niestety do wad można zaliczyć mniejszą pojemność kosza, niż w przypadku urządzenia konkurenta. Pomimo usilnych starań nie udało mi się znaleźć wad konstrukcyjnych, podobnych do tych w Tefalu, co ostatecznie przeważyło szalę naszego wyboru na stronę Philipsa. Byliśmy gotowi poświęcić przestrzeń w koszu na rzecz bezawaryjności. Jednak! (i tutaj proszę o szczególną uwagę) Istnieje wersja XL! O tym fakcie dowiedzieliśmy się zupełnie przez przypadek. Mąż szukając na Allegro odpowiedniej ceny dla wybranego Philipsa natknął się na model powiększony, czyli XL. Zaczęliśmy zgłębiać temat i okazało się, że wersja powiększona nigdy nie została wypuszczona na rynek polski. Kierowana była głównie na kraje zachodnie. Jednak w ostatnim czasie Philips Advance Collection Airfryer XL, model HD9240/90 zaczął pojawiać się w niektórych polskich sklepach internetowych. Wersja XL różni się nie tylko wielkością kosza (jak i samego urządzenia), ale także elektronicznym wyświetlaczem, który zastąpił "polskie" pokrętła. Obsługa jest banalnie prosta, a sama frytkownica wygląda podobnie do tej, którą można kupić na polskim rynku. Występuje również w kolorze białym, choć jest trudniej dostępny. No dobrze. Skoro trudno kupić go w Polsce, to gdzie? Z pomocą przychodzą Allegro i Ebay. Na tym pierwszym można kupić modele powystawowe (pozbawione gwarancji, chyba, że posiadają gwarancję rozruchową oferowana przez Sprzedawcę; często pozbawione oryginalnego opakowania lub dołączanej książki z przepisami). Na ogół są w pełni sprawne i często tańsze nawet od polskiego odpowiednika w oficjalnej dystrybucji. Cena katalogowa wersji XL wynosi ok. 1,290zł. Tymczasem na Allegro można kupić model powystawowy już za 440zł , a ostatnio kupiliśmy taki sam model dla teściowej w cenie 290zł! Z pewnością zakup frytkownicy powystawowej jest zakupem dla odważnych. Nie każdy lubi coś z drugiej ręki.


Instrukcja obsługi


1. Kroimy frytki i zalewamy wodą na minimum 30 min. (można przygotować dzień wcześniej i 
przechować w wodzie) - ostatnio zaczęliśmy pomijać moczenie i nie zauważyliśmy dużej różnicy.


2. Następnie osuszamy frytki ręcznikiem papierowym.




3. Przygotowaną porcję polewamy łyżką oleju i mieszamy, aby frytki były równomiernie pokryte 
olejem.


4. Przy pomocy łyżki (lub ręcznie) umieszczamy frytki w osobnym naczyniu.


5. Ustawiamy temperaturę (zalecam niższą niż podaje producent, czyli ok. 160'C)


6. Nastawiamy czas (na początek może być 10 min., potem kontrolować co 5 minut)


7. Otwieramy kosz, średnio co 5 minut i mieszamy zawartość łyżką. Całkowity czas smażenia ok. 25 min.


Gotowe.





Marchewki z Biedronki idealne dla dzieci




Idealne rozwiązanie na spacery z maluchami. Koszt jest niewielki, a marchewki zawsze świeże, chrupiące i nadające się od razu do jedzenia. Niewielkie rozmiary marchewek 

(ok.3-4cm) sprawiają, że idealnie mieszczą się nawet najmniejszych buziach. Fajne rozwiązanie dla mam, tatusiów, babć lub dziadków spacerujących z dziećmi w letnie dni. Opakowanie mieści się do torebki, lub kieszonki w wózku. Zdrowa i wygodna przekąska. 
Cena to ok.3 zł. 
Uwaga: Brak płynności dostaw powoduje, że bywają dni, gdy marchewki są w Biedronce niedostępne. 
Podobne marcheweczki znalazłam ostatnio w Rossmannie.

Magiczny zmywak z Biedronki

Do zakupu tej gąbki namówiła mnie mama. Powiedziała: "Kup ją, jest niesamowita i kosztuje niewiele". Rzeczywiście, opakowanie liczące 2 sztuki kosztuje 2,99zł. 



Nie znajduje się w regularnej sprzedaży, więc pokazuje się od czasu do czasu, lub należy jej szukać w koszach zatytułowanych "ostatnie sztuki". Udało mi się znaleźć biedronkowy odpowiednik pod nazwą Jana Niezbędnego (widziałam w Obi, Piotrze i Pawle i Auchan), niestety sporo droższy. 


Warto wydać jednak nawet te 5 zł z kawałkiem. Magiczny Zmywak wygląda podobnie, jak tradycyjne gąbki do mycia naczyń, ale jest nieznacznie większy. Składa się z dwóch części: białej i różowej-bardziej szorstkiej. Wygląda niepozornie, ale jak działa... Na początku używałam go do usuwania zabrudzeń na ścianach (na farbie lateksowej spisuje się rewelacyjne, nie polecam do farb akrylowych). Wystarczy lekko zwilżyć gąbkę i przetrzeć zabrudzone miejsca. Brud znika w parę sekund, podobnie jak gąbka. W miarę zużycia biała część gąbki kurczy się, stąd nazwa producenta "magiczny zmywak" (brud widoczny na zdjęciu można wypłukać pod wodą, aby przedłużyć jej żywotność).




Jednak nic mnie tak nie zaskoczyło, jak rada mamy: "Użyj gąbki do czyszczenia okapu ­ zobaczysz co się stanie". Jak wiemy, okap i lampa w kuchni należą zazwyczaj do najbardziej zabrudzonych elementów wyposażenia i chyba zdecydowana większość pań nie lubi ich czyścić. Zabrałam się więc za czyszczenie okapu i w miarę, jak przecierałam go kolejny raz moja buzia coraz szerzej otwierała się ze zdziwienia. Tłusty osad zniknął po kilku przetarciach gąbką. 




Nawet Cif, który lubi się mazać i konieczne jest kolejne czyszczenie, aby usunąć go z czyszczonej powierzchni nie dał takiego efektu, jak ta niepozorna gąbka. 




Na potrzeby eksperymentu zapuściłam nawet naszą płytę gazową, żeby pokazać Wam skuteczność działania Magicznego Zmywaka:) Wystarczyło przetrzeć kilka razy to samo miejsce bez większego wysiłku.




Ostatnio użyłam zmywaka do czyszczenia piekarnika (zwłaszcza szyby) i znów sprawdził się rewelacyjnie:) Gorąco polecam! Jeśli tylko zobaczycie takie gąbki w Biedronce, sięgnijcie po nie bez wahania (zwłaszcza, że są tam najtańsze). Koszt jest niewielki, ale może Was spotkać WIELKIE zaskoczenie :)


Osłony przeciwsłoneczne do samochodu

Z pewnością, staracie się chronić Wasze pociechy przed słońcem podczas podróży samochodem. Z uwagi na okres wakacyjnych wojaży jest to szczególnie pożądany towar. W marketach i na Allegro, aż roi się od różnych roletek i osłon na przylepce. Ich cena jest stosunkowo niska, ale podobnie bywa niekiedy z jakością, więc wskazane jest obejrzenie towaru przed zakupem. Z uwagi na cenę osłon, które chciałam Wam zaprezentować, uznałabym je za towar luksusowy. Stanowią alternatywę dla przyciemniania szyb, a ich koszt można niekiedy uznać za zbliżony. Posiadają jednak, jedną zasadnicza zaletę -­ można je dopasować do konkretnego modelu samochodu. Natknęłam się takie osłony, jak to zwykle bywa, przez przypadek. Podczas przymiarki do kupna nowego samochodu trafiłam na osłony przeznaczone dla Audi A4. Niestety na próżno szukałam osłon, dla innych modeli samochodów. Wiedząc jednak, że takie osłony istnieją, zaczęłam szukać na Ebay'u. W ten sposób trafiłam na aukcję użytkownika vanstyle-uk, który w treści aukcji zaznaczył, że możliwe jest zamówienie osłon do dowolnego modelu samochodu. Zapytałam o interesujący mnie model i otrzymałam odpowiedź, że nie ma problemu. Należało jedynie zaznaczyć, o jaki typ nadwozia dokładnie chodzi (kombi, hatchback, sedan) oraz generacje naszego samochodu. Koszt zakupu osłon jest wysoki, ale koszt wysyłki powala na kolana. Wszystko dlatego, że paczka ma nietypowy wymiar i jest wysyłana z Wielkiej Brytanii. Koszt wysyłki wynosi ponad 200zł, więc jeśli macie bliskich w UK warto poprosić ich o pomoc w transporcie, celem obniżenia kosztów. Koszt samych osłon wyniósł nas 320zł (cena zależna od modelu samochodu). Cena, niewątpliwie stanowi skuteczną dietę dla portfela, ale wygoda wspomnianych blend jest niepodważalna. 


Podstawową zaletą tych osłon jest fakt, że idealnie pokrywają całą powierzchnię okna. 





W skład kompletu wchodzą:

- 2 osłony na okna tylnych drzwi

- 2 osłony na tzw. "trójkąty"
- 2 części osłony na tylko szybę
- mocowania
- instrukcja
- pokrowiec zamykany na zamek błyskawiczny.

Podstawową zaletę osłon stanowi możliwość otwierania tylnych szyb! Blendy zakłada się za pomocą specjalnych mocowań, które umieszcza się pod uszczelką. 








Sporo kłopotów sprawiała mi osłona tylnej szyby, składająca się z dwóch części




ponieważ ilekroć ją założyłam, po kilku zamknięciach tylnej klapy, po prostu odpadała. Wreszcie doznałam olśnienia i  umieściłam mocowanie w miejscu łączenia obu części osłony. 




Od tamtej pory trzyma "jak diabeł Sołtysa"...:) Widoczność w lusterku wstecznym jest zadowalająca i trudno mówić tutaj o ograniczeniu tej widoczności. 




Osłony pokryte są chropowatym, dziurkowanym materiałem naciągniętym na sztywny stelaż. 




Największym atutem osłon (oprócz optymalnego dopasowania) jest fakt, że możemy pozostawić otwarte okna w tylnych drzwiach, aby podczas upałów auto mogło się wietrzyć i nie musimy się obawiać, że stado czających się na sąsiednim krzaku komarów, wleci nam do środka i będzie uprzykrzać podróż. 






Na okres zimowy, gdy cierpimy na niedostatek słońca, możemy zrezygnować z blend i w łatwy sposób je usunąć, przechowując w oryginalnym pokrowcu. 


Odradzałabym użycie tych blend w przypadku pasażerów tylnej kanapy cierpiących na chorobę lokomocyjną. Wzór siateczki może powodować dyskomfort przy patrzeniu przez tylną szybę, ponieważ początkowo wzrok nie potrafi skupić uwagi na tym, co się dzieje za oknem i może skupiać ostrość na wzorze siatki.




Natomiast dodatkowym plusem jest to, że koszt zakupu osłon może nam się częściowo zwrócić, gdy zdecydujemy się na zmianę auta. Możemy wówczas wystawić komplet blend na sprzedaż. Jako, że jest to dość niszowy produkt, może się okazać, że znajdzie wielu potencjalnych nabywców.





Zamrażamy makaron
Zdarza się Wam, że podczas przygotowywania posiłków zostaje Wam spora porcja makaronu i kombinujecie nad kolejnym makaronowym daniem, żeby się nie zmarnował? Niewiele osób wie, że makaron można zamrozić. Też należałam do grona tych niczego nieświadomych nieszczęśników, aż do chwili, gdy moja pomysłowa teściowa sprzedała mi patent na zamrażanie makaronu. Właściwie jest to banalnie proste. Wkładamy nadmiar ugotowanego makaronu do worka lub pojemnika i wkładamy do zamrażalnika. Gdy tylko makaron jest potrzebny, wyjmujemy go i przystępujemy do rozmrażania.

1. Wykładamy makaron na sito, ale wcześniej gotujemy wodę w czajniku, którą po zagotowaniu zalewamy makaron.




Zlodowacenie płynnie ustępuje w miejscach, gdzie dotarł wrzątek.




Po chwili makaron jest już całkowicie rozmrożony i gotowy do spożycia.




Prawda, ze proste? Wspaniały wynalazek, a przy okazji zaoszczędza nam czas, który musielibyśmy poświęcić na zagotowanie nowego makaronu :)



Przyklej zamiast wiercić w ścianie, a potem zdejmij

Ta informacja będzie szczególnie pomocna osobom mieszkającym w bloku z wielkiej płyty. Jak wiadomo wiercenie kołków, w cienkich jak papier ścianach, często kończy się jeszcze większą dziurą w sąsiednim pomieszczeniu:) Powieszenie zatem nawet najmniejszego obrazka jest poprzedzone długimi rozważaniami a często rezygnujemy z tego całkowicie. Tymczasem, w Leroy Merlin oraz w Biedronce (sezonowo) można zakupić produkty firmy Command, które wychodzą na przeciw naszym problemom z wielką płytą. Mowa tu o wieszakach samoprzylepnych wszelkiej maści. 
Od malutkich haczyków, przez płaskie haczyki pod obrazy, po wieszaki. Wszyscy, którzy myślą sobie teraz: "No tak, ale co wtedy, gdy zmienię zdanie i zechcę usunąć taki haczyk? Czeka mnie gipsowanie?" Odpowiedź brzmi: 'Na szczęście, nie". Haczyki są wyposażone w pomysłowe taśmy dwustronne z "języczkiem". Dzięki wspomnianemu języczkowi usuniemy bezproblemowo haczyk, a ściana w tym miejscu pozostanie nienaruszona (wystarczy pociągnąć, a języczek "wyciągnie" się nawet do 15 cm i odklei taśmę). Haczyki można zastosować zarówno na ściany, i na meble, czy płytki ścienne. Warunkiem jest jedynie odtłuszczenie miejsca, w którym zostanie przylepiony haczyk i gładka powierzchnia. Za minus można uznać ten nieestetycznie wyglądający języczek, ale w niektórych mocowaniach w ogóle go nie widać. Sposób montażu przedstawię Wam na przykładzie tabliczki, którą zawiesiłam w kuchni. 



Haczyki pakowane są w blistry. Użyłam tych, które pasowały do powieszenia mojej tabliczki. 



Instrukcja obsługi:


1. Odtłuszczamy miejsce przeznaczenia (np. płynem do naczyń)


2. Odejmujemy folię ochronną z czarnymi napisami.




3. Przyklejamy do haczyka.






4. Odklejamy folię ochronną z czerwonymi napisami.




5. Centrujemy i przyklejamy w wyznaczone miejsce. Przytrzymujemy chwile.




Odklejanie


1. Przytrzymujemy leciutko jednym palcem haczyk i druga ręką chwytami za języczek.




2. Ciągniemy, języczek będzie się wyciągał.




3. Poczujemy pod palcem, że haczyk się odkleja i już! Haczyk odklejony i ani śladu po przylepcu.





Haczyki, których użyłam są bardzo dyskretne i nie powodują nieestetycznego odpychania ramki od ściany. Zresztą sami możecie się o tym przekonać.




W zależności od modelu, wewnątrz opakowania może się znajdować 1 sztuka lub więcej (nawet 6 szt.)+ taśmy z języczkami. Po odklejeniu haczyk można przykleić ponownie (po wymianie taśmy dwustronnej), więc jest wielokrotnego użytku. Jedyną rzeczą, którą musimy dokupić w takim wypadku są dwustronne taśmy z języczkami. W niektórych opakowaniach znajdują się zapasowe języczki, a niektóre blistry zawierają wyłącznie zapasowe języczki. Możliwości zastosowania haczyków jest wiele, podobnie jak samych modeli (przykładowe zastosowanie znajduje się na każdym blistrze). Teraz najważniejsze ­- cena. Niezależnie od modelu wszystkie blistry w Leroy Merlin kosztują 9,90zł. Tymczasem w Biedronce można je było kupić za 6,99zł, a jako "ostatnie sztuki" nawet za 4,99zł (niestety tylko sezonowo).




Alternatywa dla Command'a

Będąc w Leroy Merlin natknęłam się na konkurencyjny produkt firmy Tesa. Przewaga ich haczyków polega na tym, że zarówno haczyk, jak i dwustronna taśma z języczkiem są transparentne, co sprawia, że są praktycznie niewidoczne. Zakupiłam jeden blister w celu przetestowania i próba wyszła całkiem pomyślnie. Cena: 14,99zł/opak.







Pomyślałam sobie, że produkt Tesy z uwagi na swoją dyskretność weźmie górę nad produktem Command'a, ale zaliczył wpadkę podczas odklejania. Już sam sposób ciągnięcia za języczek do góry (odwrotnie niż w produktach Command, chociaż gdybyśmy chcieli przykleić odwrotnie byłoby to możliwe) nastręczał problemów. 


Trudniej było przyłożyć siłę potrzebną do nacięcia języczka. 


Tuż przy końcu naciągania zerwała się dość cienka (o ile nie za cienka) taśma dwustronna, skutkiem czego konieczne było odklejenie ręcznie haczyka. Okupiłam to ubytkiem w tynku...


Znalazłam również haczyki Fast&Fix Fisher'a ze specjalnym przeznaczeniem do drewna i regipsów.




Domestos jakiego nie znacie
Pralka ładowana od góry to optymalne rozwiązanie w niewielkich łazienkach, ale wymaga ona szczególnego traktowania od pierwszego użycia. Niewiedza w tym względzie prowadzi do problemów z gromadzeniem się grzybów i nieprzyjemnym zapachem. Zanim nauczyłam się właściwie dbać o taką pralkę musiałam odpokutować popełnione wcześniej błędy. 
Z pralki wydobywał się nieprzyjemny zapach co świadczyło o zadomowieniu się w niej grzyba, który lubuje się w praniach w niskich temperaturach i stosowaniu wszelkiej maści płynów zmiękczających. 
Długo szukałam skutecznego rozwiązania. Najpierw sięgnęłam po środek do czyszczenia Dr. Beckmann'a, ale okazał się nieskuteczny. Wreszcie trafiłam na forum, gdzie jeden z użytkowników pisał o zastosowaniu zwykłego Domestosa. Trudno było mi w to uwierzyć, ale byłam tak zdesperowana, że postanowiłam spróbować. Efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Co prawda, pralka miała teraz zapach chloru, ale lśniła czystością. Zniknął osad na bębnie, a w miejscach, gdzie jeszcze zalegał użyłam zwykłej szczoteczki do zębów i osad z łatwością ustępował. Przy okazji ustąpił też kamień z zawiasów drzwiczek bębna, ponieważ jakość naszej wody pozostawia wiele do życzenia. Dla pewności zrobiłam jeszcze jedno pranie z octem, ale z tego co czytałam na forach, Ci którzy dotąd używali jedynie octu, po użyciu Domestosa zmienili zdanie i uznali go za najbardziej skuteczny. Zapach chloru ulotnił się po 2-3 praniach. Możemy dla pewności puścić kilka "pustych prań", aby pozbyć się tego zapachu.
Sposób na śmierdząca pralkę

Jak użyć?

Do dozownika na proszek wlewam Domestos, żeby jego poziom znalazł się dokładnie pośrodku między min. a max. Wstawiam pustą pralkę bez prania. Ustawiam długi program na 90'C.

Uwaga!

Domestos bardzo się pieni, więc nie bądźcie zbyt nadgorliwi we wlewaniu tego środka do dozownika. Jeśli wlejecie za dużo, piana zacznie się Wam wydostawać z pralki i będziecie mieli mnóstwo sprzątania :)



Zawsze czysta płyta gazowa / kuchenka
Wyobraźcie sobie taką sytuację: zapraszacie gości na poczęstunek, ale w międzyczasie musicie jeszcze zrobić obiad (akurat dzisiaj macie schabowego), a wcześniej wyczyściliście na błysk swoją płytę gazową. Jak to schabowy - lubi pryskać. Po posiłku nie zostanie Wam już dużo czasu na posprzątanie po obiedzie, a tu jeszcze trzeba wyczyścić gazówkę w Waszym aneksie kuchennym. Oto rozwiązanie, pozwalające na zachowanie płyty gazowej w czystości oraz zaoszczędzenie czasu na ponowne sprzątanie - folia aluminiowa! Wypatrzyłam ten patent chyba w jednym z programów kulinarnych i powiem szczerze, że sprawdza się znakomicie. 




Kuchenkę należy pokryć dwoma paskami folii aluminiowej, zostawiając nieco więcej po bokach.


Odciskamy na folii miejsca, gdzie przypadają palniki i iskrowniki.


Następnie wycinamy (np. nożyczkami do paznokci) otwory w zaznaczonych miejscach. 


W miejscu łączenia dwóch pasków folii, robimy zakładkę na tej pierwszej, na wypadek gdyby coś nam się rozlało. Dzięki temu zmniejszymy ryzyko dostania się zabrudzeń pod folię.


Nakładamy drugi pasek folii ze sporym zakładem.


Ponownie zaznaczamy miejsca palników i pokręteł i wycinamy stosowne otwory.


Nadmiar folii po bokach zaginamy i dopasowujemy do konturów kuchenki.


Takie zabezpieczenie możemy sobie przygotować na spokojnie dzień wcześniej przed wizytą gości, lub wtedy gdy spodziewamy się ewentualnych zabrudzeń podczas wielkiego gotowania.

A tuż przed przyjściem gości zdejmujemy folię i ... oddychamy z ulgą :)



Mam nadzieję, że zgromadzone tutaj odkrycia choć trochę przydadzą się Wam w codziennym życiu. Jeśli są "wynalazki", którymi chcielibyście się podzielić, zachęcam do opisania ich w komentarzach. Być może staną się one kanwą do powstania kolejnego posta o odkryciach małych i dużych :)

Pozdrawiam gorąco

4 komentarze:

  1. A to niespodzianka.Okazało się że jestem Twoim 100000 odwiedzającym gościem.W nagrodę( myślę) że zaprosisz mnie na dobre ciacho i kawę.To nie było zamierzone moja kochana Córeczko.Życzę wielu odwiedzających Twojego bloga.Wierzę że każdy znajdzie coś dla siebie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To musiał byc znak z Niebios, Mamusiu... :) Ciesze sie, ze to właśnie Tobie przypadło w udziale :) Kocham Cię!

      Usuń
  2. Witaj
    A jak smakują frytki na jednej łyżce oleju?
    Czy czuć różnicę? bardziej przypominają pieczone w piekarniku.
    Myjkę kupuje w rossmanie jest świetnie magiczna.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. I am extremely impressed along with your writing abilities, Thanks for this great share.

    OdpowiedzUsuń