środa, 16 stycznia 2013

Pchacz dla dziecka, czyli jak zrobić samochód z kartonu

Krzysiu chodził już przed ukończeniem roku i jak to zwykle bywa, potrzeba jest matką wynalazków. Wszystko zaczęło się od dnia, gdy nasz ukochany maluch upodobał sobie pchanie po podłodze kartonu po pieluszkach. Oczywiście nie robił "pustych przebiegów". Wewnątrz kartonu zawsze znajdowały się potrzebne mu zabawki. Ponieważ nasze panele ciężko to znosiły pomyśleliśmy nad zakupem pchacza, czyli swego rodzaju chodzika. Założenie było takie, żeby pchacz był drewniany z gumowanymi kółkami, aby zaoszczędzić stresu sąsiadom. Nawet udało nam się znaleźć dwa ciekawe egzemplarze, ale jako nadopiekuńczy rodzice zaczęliśmy się obawiać o bliskie spotkanie drewnianego pchacza z lustrzanymi drzwiami szafy może zakończyć się nieszczęściem, więc nie byliśmy do końca pewni, czy to dobry pomysł.
Któregoś dnia, popatrzyłam na umiłowany przez Krzysia karton po pieluszkach i doznałam olśnienia. Dlaczego by nie zrobić pchacza samemu?! Karton już był :) Potrzebne były tylko dodatki i oczywiście "balkonik" do pchania. Ta część pozostawiłam tacie Krzysia a cała reszta to już radosna twórczość mamy. Cały projekt strasznie rozciągnął się w czasie, więc udało się go dokończyć dopiero niedawno. Mimo to włożyliśmy w niego mnóstwo serca i tak powstał Krzysiowy pchacz :)


Cały karton okleiłam na początku kolorowym brystolem, a spód podkleiłam pierwotnie filcami, żeby dać odetchnąć zmęczonym panelom podłogowym. Szybko jednak ambicja rodziców wzięła górę i tak zrodził się pomysł, aby wyposażyć Krzysiowego pchacza w "napęd", czyli samoskrętne, gumowane kółka meblowe. Trzeba było je jeszcze do czegoś przymocować, więc mąż zbudował stelaż z grubych listewek a całość zwieńczył trzonek od miotły, który posłużył za uchwyt. Spód pchacza to bliżej mi nieznana cieńsza płyta MDF (którą przyciął nam na wymiar kolega, za co serdecznie mu dziękujemy), do której przymocowaliśmy kółka i połączyliśmy ją ze wspomnianym wcześniej stelażem.





Jednym z ważniejszych elementów auta był zderzak. Jak każde auto, również Krzysiowy powóz musiał takowy posiadać. Był to sposób na amortyzację wszelkich "nieprzewidzianych" bliskich spotkań z meblami. W ruch poszła resztka folii bąbelkowej i polarowy koc kupiony w secondhandzie. Folię zwinęłam  i okleiłam taśmą klejącą, aby zachowała kształt. Potem obszyłam ją polarem i zszyłam.





Zderzak, najzwyczajniej w świecie, przyszyłam do kartonu grubą włóczką.


Następnie "wyklepałam maskę", robiąc grill z tektury falistej, za światła posłużyły stare guziki, a na końcu "wstawiłam" szybę. Całość zwieńczyły wycieraczki i kryształki w światłach (coś wystającego do pomacania).  Z uwagi na brak pomarańczowych guzików, kierunkowskazy powstały z filcowych podkładek pokolorowanych na pomarańczowo.

Krawędzie kartonu obszyłam polarem, żeby nie drażniły delikatnych rączek Krzysia.


Przyszedł czas na boki. Zaczęłam od wstawienia kilku szyb. Oczywiście za szyby posłużył mi kolorowy brystol, a "uszczelki" to czarna folia samoprzylepna. Akurat miałam taką pod ręką, ale z powodzeniem można ją zastąpić czarną kartką z bloku technicznego.



Pomyślałam sobie, że zrobię "pchacza edukacyjnego", czyli ze wszelkimi wystającymi elementami pobudzającymi zmysł dotyku malucha. W ruch poszły firanki, bo przecież co to za bus bez firanek :) Dziecko od najmłodszych lat powinno uczyć się także walorów estetycznych ;)




Pasażerowie, żeby zasiąść we wnętrzu busa, musieli jakoś dostać się do środka. W tym celu powstały drzwi po obu stronach kabiny. Była to kolejna rzecz, którą można było pomacać, zwłaszcza, że z zewnątrz drzwi są futerkowe a zamykane są na rzepy, żeby nie otwierały się podczas jazdy :) Do tego jeszcze wystające klamki i gotowe!



Teraz czas na pasażerów. Wśród nich futrzasty kotek i mieszkańcy zoo (zakupieni w formie wypukłych naklejek:).




Dodatkową atrakcję stanowiły otwierane okiennice spod których niemal wyskakiwał ulubiony, nazywany przez Krzysia "miii" (czytaj: "miś"), czyli Kubuś Puchatek. Okiennice to kawałki kartonu obszyte materiałem z przyszytymi koralikami, mającymi ułatwić otwieranie.



Jak każdy samochód, również Krzysiowy bus musiał posiadać koło zapasowe. Co prawda trochę duże, ale za to porządne i z dodatkowym efektem lustra. Nie muszę chyba mówić, że za koło posłużyła stara płyta CD :) Za element zdobieniowy posłużyły dwa guziki: większy - ciemnobrązowy i mniejszy - w kształcie kwiatka. Rant "koła zapasowego" obłożyłam sznurkiem i przyszyłam go do kartonu. Natomiast w tylnej szybie zasiedli pasażerowie: lew i hipopotam :)



Pozostało jeszcze zamontować koła. Posłużyły za nie wieczka od słoików oklejone czarną folią samoprzylepną i jaskrawo żółtym papierem. Przymocowałam je "na szybko" za pomocą Vicolu.




Popatrzyłam na prawie gotowy pchacz i pomyślałam, że wciąż tu czegoś brakuje. Przeszukałam moje krawieckie czeluści i znalazłam zamek błyskawiczny odpowiadający rozmiarem wolnej przestrzeni na boku auta. Najprościej w świecie przyszyłam go do kartonu.


Ostatnim elementem do wykonania pozostał "suwak". W pchaczu brakowało mi jeszcze ruchomych elementów, dlatego suwak wydawał się najlepszym rozwiązaniem. Wycięłam rowek w kartonie i zamocowałam w nim gałkę meblową, którą przykręciłam z drugiej strony (dodatkowo aplikując kroplę kleju, żeby śruba się nie odkręcała) i zastosowałam podkładkę.





Jak sami widzicie wystarczy czasem determinacja rodziców i niewielkie nakłady finansowe, żeby stworzyć coś fajnego dla naszej pociechy. Jest przy tym sporo zabawy, a zaangażowanie wszystkich członków rodziny niewątpliwie zbliża. Być może jest to dobry pomysł na wspólne spędzenie zimowych wieczorów, zwłaszcza, gdy pomóc może starsze rodzeństwo maluszka :)

Pozdrawiam Was cieplutko i życzę Wam fantastycznych wieczorów spędzonych wśród najbliższych!






...